Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Na własne oczy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Na własne oczy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 sierpnia 2023

Jako w niebie, tak nie na ziemi - AirShow Radom 2023

 To co się działo w Sadkowie w pierwszym dniu pokazów lotniczych AirShow Radom 2023 odbija się szerokim echem w mediach społecznościowych i nie tylko. I choć zapewne pojawi się wiele głosów spłycających całą wrzawę do zwykłego hejtu i medialnego bełkotu, mam nadzieję, że nasi decydenci, zarówno cywilni, jak i wojskowi nie dadzą się nabrać na ten kłamliwy jazgot i wyciągną z zaistniałej sytuacji konkretne, także kadrowe wnioski. Nie da się bowiem ukryć, że wielkie święto polskiego lotnictwa, wydarzenie mające kreować pozytywny wizerunek polskiej armii i lotnictwa, budować świadomość i patriotyczne postawy, zwłaszcza młodego pokolenia Polaków, do sukcesów w obszarze organizacji i PRu zaliczyć nie można. Znaczna część uczestników, z rynkowego punktu widzenia konsumentów, czuje się całkiem słusznie nabita w butelkę, dosłownie w półlitrową butelkę wody. Jak skutecznie nabita? Zobaczymy. Już za kilka tygodni okaże się, ile osób wystąpi do organizatorów z żądaniem zwrotu chociażby części pieniędzy za bilety, w związku z niską jakością usługi oraz koniecznością przedwczesnego opuszczenia imprezy w związku z zagrożeniem zdrowia i życia wynikającego z braku dostępu do wody i możliwości odwodnienia organizmu. Ile osób, które zasłabły z tego powodu pozwie organizatorów. Może pojawi się nawet pozew zbiorowy. Największe są jednak szkody niepoliczalne, w postaci rys na wizerunku naszej armii. Ile osób zwątpiło wczoraj w szansę skutecznej pomocy żołnierzy, czy to zawodowych czy WOT, w przypadku klęski żywiołowej, ataku terrorystycznego czy wojny. Jeśli pomoc ma być zorganizowana na podobnym poziomie i przez podobnie myślące i działające kadry jak te związane z Air Show, to pozostała nam już tylko modlitwa.
Choć wielu zapewne zaliczy mnie do grona hejterów, oddam sprawiedliwość organizatorom pisząc, że wykonali oni ogromną pracę organizacyjną, co nie ulega najmniejszej wątpliwości. Jednak gdy rano w piekarni zamiast świeżego chleba kupuję produkt chlebopochodny z zakalcem, mam gdzieś ile wysiłku w ostatnią bezsenną noc poświęcił piekarz na jego wyprodukowanie. Czuję się po prostu oszukany. Podobnie czują się zapewne tysiące ludzi, którzy wczorajszego popołudnia do udanych zaliczyć nie mogą, wśród nich i ja.
Podobnie oszukani powinni się czuć bohaterowie wczorajszego podniebnego spektaklu, którzy z dużym poświeceniem, pełnym profesjonalizmem, za wielkie (w większości podatnika) pieniądze, zaprezentowali swój lotniczy kunszt. Albowiem to, co działo się na radomskim niebie na pewno warte było kilkusetkilometrowej podróży i całodniowej spiekoty. Ci co w powietrzu jak zwykle nie zawiedli. Ich trud i profesjonalizm został jednak przyćmiony przez dyletanctwo tych co na ziemi. Wielka szkoda dla widzów, dla lotnictwa, dla wojska, dla podatników.
Aby nie być gołosłownym poniżej zamieszczam kilka zdań opisujących moje wrażenia z krótkiego, sobotniego pobytu na tej imprezie.
Dojazd z centrum Radomia na jeden z przylotniskowych parkingów zajął nam ponad godzinę. Może i długo, jednak patrząc na wysiłki policjantów, a nawet SOKistów zabezpieczających przejazd kolejowy widać, że w tym obszarze zrobiono wiele dobrego. Podobnie społeczność lokalna, która przygotowała liczne parkingi wykazała się dobrą organizacją i wyczuciem biznesowej okazji, często poświęcając na rzecz interesu nawet przydomowe trawniki. Problemy zaczęły się jednak przed bramą, gdyż tu organizację lub raczej dezorganizację przejmują organizatorzy imprezy. Co prawda można narzekać, że nie wszyscy chętni do obejrzenia pokazów kupili bilety przez Internet, przez co powstała olbrzymia kolejka do bardzo nielicznych kas, jednak jest to forma jedynie preferowana, nie obowiązkowa. Poza tym bilety online już się skończyły. Nikt nie pomyślał, aby rozdzielić strumienie ludzi na tych co czekają w kolejce do kasy i tych szczęśliwców z biletami on-line. Żadnych tablic, linii, informacji tylko bałagan, przepychanki i niepotrzebne nerwy. Nie mniejszy bałagan panuje przy „bramkach” gdzie panowie ochroniarze sprawdzają zawartość toreb i plecaków, głównie pod kątem przemytu napojów niedozwolonych, zarówno co do ilości, jak i  rodzaju. Wszystko dla bezpieczeństwa widzów, którego poczucie prysło później, podczas rozmowy na jednym ze stoisk, gdzie usłyszałem, że zaletą bycia „po drugiej stronie” jest to, że nikt nie sprawdza bagaży. I słusznie, bo jak ma pierdyknąć, to porządnie. Stanowiska kontroli też profesjonalizmem nie grzeszą. W blasku porannego słońca kładę plecak na ziemi, a ochroniarz pochyla się i próbuje dojrzeć co tam jest. Już o tej porze, (godzina 10 z minutami) kontroler narzeka na upał i kręgosłup. Współczuję zarówno jemu, jak i bezpieczeństwu imprezy. Za trzy godziny gościu już się nie pochyli nad kolejnymi plecakami i nie dojrzy co potencjalny terrorysta lub przemytnik handlowiec wnosi w plecaku. Dalej znalazła się linia bezużytecznych w tym miejscu zadaszeń i stojący przed nimi bileterzy. Z żalem konstatuję, że pod względem organizacji wejścia i kontroli bezpieczeństwa daleko nam nawet nie do Europy czy USA, ale i do Rosji, gdzie na MAKSie przebiegała ona wręcz wzorowo, ze stołami, namiotami, w spokoju i bez nerwów. U nas zrobiono po taniości i byle jak. Czemu ta cała farsa z zakazem wnoszenia większej ilości napojów ma służyć możemy się przekonać po półgodzinnym staniu w kolejce i nabyciu półlitrowej Fanty za 12 PLN. Tu zbliżamy się do standardów zachodnich, w USA na Oshkosh nieco większa butelka, tego samego napoju, tylko zimnego, kupionego praktycznie bez kolejki kosztowała 4 $. Do stoisk z jedzeniem przezornie się nie zbliżałem, choć kolejki do nich skutecznie utrudniające poruszanie się po części lotniska mogły świadczyć, że promocja tam jest nie mniejsza niż w marketach RTV w Black Friday. Jak już pisałem, to co na niebie było dobre i ciekawe, warte opisania innym razem. Gorzej z komentarzem. Co prawda panowie komentatorzy starali się i wychodziło im to całkiem ciekawie, to zdarzały się im kompromitujące wpadki, świadczące o tym, że do swej roli przygotowali się niezbyt starannie. Za kompromitację należy uznać pomylenie w defiladzie samolotu Gulfstream z Embraerem oraz Jastrzębia (F-16) z Bielkiem (M-346). Co prawda w drugim przypadku delikwent szybko się poprawił, to zastanawiam się, czy oni nie mieli listy samolotów biorących udział w najważniejszym lotniczym elemencie pokazu? 
Dalej już zbytnio ich nie słuchałem, jednak przy całkiem ciekawym pokazie polskich Limów, wspominając o ucieczce porucznika Jareckiego Limem na Borholm, komentator trzy razy przekręcił nazwisko, by w końcu powiedzieć, że nazwiska nie pamięta i odesłać słuchaczy do wyguglania sobie tej informacji. Czy kupując bilet nie zapłaciłem za profesjonalne prowadzenie pokazu i to, że prowadzący przed swoimi popisami wygugla i zapisze lub zapamięta to o czym chce mówić? Zastanawiam się, czy to ja miałem szczęście trafić na jedyne wpadki komentatorów, czy głupot naopowiadali więcej?  
Smutno zrobiło mi się przy kilku naszych statkach powietrznych na wystawie naziemnej, gdzie głównym rekwizytem były turystyczne krzesełka i stoliki stojące w cieniu maszyn. W wielu miejscach okraszone to było ciekawymi ludźmi, czy to pilotami czy mechanikami rozmawiającymi z widzami. Było ciekawie i miło. Przy wielu maszynach siedzieli sobie za to niestety znudzeni wojskowi, którzy wyglądali jakby zostali tu zesłani za karę. Pełne znudzenie, zero zainteresowania widownią. Szczególnie utkwił mi kontrast pomiędzy żołnierzami kręcącymi się przy statkach powietrznych Marynarki Wojennej RP a amerykanami przy swoim Apaczu. Ci żołnierze z dalekiego kraju wiedzieli po co tu przyjechali, jak ważne jest zrobienie pozytywnego wrażenia, przybliżenie w otwarty sposób siebie, swojego sprzętu, swojej służby, swojego kraju. Nasi mieli to znacznie niżej. Pozostaje mieć naiwną nadzieję, że ta różnica mentalnościowa dotyczy tylko obszaru działań PRowych. Jeżeli tak rzeczywiście jest, to wielkim błędem dowódców jest wysyłanie takich niekompatybilnych ze społeczeństwem ludzi na imprezy typu Air Show. Problem w MW jest chyba permanentny, gdyż w ubiegłym roku na SIAF 2022 w słowackim Malacky-Kuchyna także załoga naszej Bryzy brylowała w podobny sposób. 
Przyznam, że obserwowałem ten obrazek z niemałym zażenowaniem, choć Słowacy jako naród bezmorski mogli przyjąć to jako ukłon w stronę gospodarzy, przyjmując że to jest śródlądowa wersja polskiego parawaningu. Krótki obchód części wystawy statycznej kończę szybciej niż bym chciał, gdyż pragnienie zmusza mnie do powrotu do miejsca bazowania, choć slalom pomiędzy kolejkami skutecznie pozbawia mnie bezpiecznego zapasu wody w organizmie. Pozostaję jednak w nadmorskich klimatach, gdyż w głowie coraz częściej przewija się tekst piosenki trójmiejskiej celebrytki „kiedy powiem sobie dość, a ja wiem, że to już nie długo”. Kiedy? Gdy dojdę do już niemal zagotowanej pod radomskim słońcem małżonki i skierujemy się do wyjścia. Kolejne dziesięć minut manewrowania wśród biwakującego tłumu i jest wyjście. Czy rzeczywiści jest? Nie, trzeba się przeciskać w przeciwprądzie wchodzących przez „bramki” widzów a później przez tłum stojących w kolejce po bilety. Przez prawie zagotowany mózg przechodzi myśl, co by się tu stało, gdyby doszło do jakiegoś wypadku lub innego nieszczęścia, o które na pokazach lotniczych, a także w wielotysięcznym tłumie nie jest przecież trudno. Ile osób by się stratowało w tym wąskim, obłożonym barierkami przejściu.
Na szczęście jesteśmy już po za tym. 
Ze współczucie mijamy kilkudziesięciometrową kolejkę ludzi chcących kupić bilety i wejść na teren pokazu lub raczej za swoje własne pieniądze dać się nabić w butelkę. Jedziemy pod płot, by z tysiącami innych osób, w sposób wygodny, znacznie tańszy i bez porównania bezpieczniejszy podziwiać piękne pokazy lotniczego kunsztu lotników.
W sąsiednim samochodzie ktoś puszcza komentarz z wnętrza lotniska. Staram się nie słuchać, tylko cieszyć widokiem podniebnego baletu.

 

poniedziałek, 30 września 2019

Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie 2019

Przed dwoma laty, po poprzedniej wizycie w MLP w Krakowie czułem niedosyt, zwłaszcza, że przez „problemy sprzętowe” przeszła mi koło nosa szansa na sfotografowanie wielu ciekawych eksponatów wystawionych z hangaru głównego. W tym roku zaistniała szansa na nadrobienie zaległości związana z remontem tegoż hangaru. Oczywiście każda wizyta w tej szanownej instytucji jest interesująca, warta starań, wysiłku organizacyjnego oraz poniesionych kosztów, tym bardziej, że w międzyczasie odnowiono kilka ciekawych eksponatów, w tym LWD Żuraw i MD-12. 

Nie inaczej było w pierwszy weekend lipca, kiedy to ponownie wybrałem się do Krakowa. Sobotni poranek zwiastował piękną letnią pogodę, niestety z temperaturą powyżej 30 stopni w cieniu. Oczywiście po wejściu między samoloty umknęło to mojej uwadze, a uzewnętrzniło dopiero wieczorem w postaci „spalonych”: twarzy, karku i rąk. Obszerność ekspozycji została znacząco ograniczona trwającym remontem. Niedostępny był hangar z ekspozycją zimnowojenną oraz ekspozycja destruktów i silników lotniczych. Dodatkowo poza zasięgiem było kilka ciekawych eksponatów z remontowego hangaru, w tum szybowce. Pomimo tego ekspozycja jest obszerna, różnorodna i bardzo ciekawa, więc przez te dwa dni nudzić się prawie nie miałem okazji. Jak zwykle rozterki budzi stan wielu eksponatów, które bazując pod chmurką, czasem bez właściwego zabezpieczenia szybko popadają w ruinę. Z drugiej strony widać efekty prac konserwatorskich prowadzonych przy najcenniejszych eksponatach i szansę na ekspozycję wielu maszyn w gruntownie odremontowanym hangarze. 
Efektem remontu tegoż hangaru jest wytoczenie wielu samolotów na plac przed nim, co daje możliwość bliższego zapoznania z wieloma zwykle trudnodostępnymi zabytkami techniki lotniczej. Jednakże ze zrobienia fajnych zdjęć najcenniejszych z wystawionych eksponatów nic nie wyszło, gdyż wiele maszyn miało kabiny i inne wrażliwe elementy przesłonięte brezentowymi płachtami lub folią. Szkoda, choć cieszy, że pomyślano o zabezpieczeniu, często unikatowych eksponatów, jak RWD-21 i M-4 Tarpan, Foceniu nie sprzyjało też ciasne upakowanie sprzętu przed hangarem, zwłaszcza Iła-10, Sea Venoma, Vampire, Jaka-18. Bardzo pozytywnie na tym tle wypadły odrestaurowane duże samoloty, Tu-2 świeżutki niczym z fabryki oraz nasz niedoszły samolot pasażerski MD-12.
Niewątpliwą atrakcją było wystawienie na placyku za budynkiem głównym dwóch bohaterów II wojny światowej Spitfire i Bf 109 w naturalniej scenerii trawiastego lotniska. Co prawda bliskie położenie taśm ograniczających, a przede wszystkim „blokada śmigła” Spitfire w postaci okalającej je oraz podwozie liny psuły kadry, jednak wrażenie i tak było bardzo realistyczne. Obok w podobnej sytuacji można było znaleźć także odrestaurowane pierwsze odrzutowce polskiego lotnictwa Jak-17 i Jak-23. Kolejnym pozytywem był stan odnowionych samolotów amerykańskich, odrzutowców: F-5, F-105, A-37 oraz tłokowej Cessny UC-78. Znacznie gorzej z maszynami brytyjskimi, zwłaszcza skorupami Jaguara i Harriera, które pozostawione bez żadnego zabezpieczenia szybko popadają w ruinę. Pewną nadzieję na restaurację lub wręcz uratowanie bardzo cennych dla historii polskiego lotnictwa śmigłowcowego SM-1 i SM-2 daje ich umieszczenie pod wiata „remontową”, zresztą obok restaurowanego, jak się wydaje, unikatu BZ-4 Żuk. 
Pozostając przy Żuku nasuwa się smutna refleksja, że wiele zgromadzonych tu eksponatów jest z jednaj strony świadectwem zdolności polskich konstruktorów i rzemieślników w prototypowniach, z drugiej strony słabości systemu, w którym z wielu przyczyn skończyło się na prototypach (Bielik, Flaming, M-4, MD-12, Żuk, Żuraw, Mi-2M) lub niedługich seriach niemalże tylko na polski rynek (Iryda, Junak, Kania, Orlik, SM-2, Szpak, Zuch). Aż serce się kraje, gdy spojrzeć na stojące bez żadnego zabezpieczenia pod gołym niebem prototypy Orika i Flaminga, zwłaszcza na ten ostatni z telepaną przez letni wiaterek lotką. Co się dzieje przy wichurze lepiej nie myśleć. Polska smutna rzeczywistość. Z czynnych ekspozycji stałych zwrócę uwagę tylko na „Skrzydła wielkiej wojny”, do której zaglądam za każdym razem. Bardzo ciekawy, realistyczny sposób ekspozycji unikatowych samolotów w częściach pawilonu stylizowanych np. na warsztat, kasyno, czy przystań, które w niesamowity sposób wprowadzają w klimat tamtych dni. 
Tutaj podłączyłem się na trochę do wycieczki oprowadzanej przez pracownika muzeum. I choć jak dla mnie niewiele nowego powiedział, to sposób prezentacji, a zwłaszcza szerokie umiejscowienie omawianych samolotów w polityczno-techniczno-militarnych realiach tamtych czasów sprawiło, że  nie żałuję ani minuty. Słowa uznania dla przewodnika, widać było, że osoby biorące udział w wycieczce choć raczej nie były zapalonymi fanami awiacji, z wielkim zainteresowaniem słuchały i oglądały. Brawo. Serce rośnie w hali budynku głównego, gdzie ciekawa wystawa edukacyjna wraz z możliwością wejścia do kabiny Flaminga pozwala na rozwinięcie lotniczych zainteresowań młodszego pokolenia. Upchnięty w kącie kadłub legendarnej Iskry z odsłoniętym wnętrzem ujawnia z kolei sekrety budowy samolotu, szkoda tylko, że dobrze dostępne tylko z jednej strony. Nazajutrz w niedzielę nieco chłodniejsze powietrze i piękne, dynamiczne niebo sprzyjało spacerowi pośród eksponatów. Na godzinę dwunastą zaplanowana była, jak dla mnie duża atrakcja w postaci kolejnego „Spotkania przy samolocie”, tym razem poświęconego Su-25, jednemu z bohaterów wojny afgańskiej. Wiele razy już widziałem w necie zaproszenia na te spotkania i zawsze chciałem wziąć w tym udział. Kolejne daty i samoloty coraz bardziej wzmagały mój apetyt. Tym razem się udało, termin wizyty zgrał się z kolejnym spotkaniem. No to jestem w kameralnej, klimatyzowanej sali kinowej MLP, gdzie starszy, sympatyczny pan zaczyna swą opowieść. Mówi ciekawie, ze swadą poruszając wiele interesujących tematów. Jednakże z każdą minutą odbiega coraz bardziej od głównego tematu. Na ekranie, po za jednym krótkim filmikiem z netu prawie non stop jedno, jak na dzisiejsze czasy słabiutkie zdjęcie bohatera spotkania. A o czym mowa? Oprócz bardzo ciekawych informacji o walkach powietrznych wiele jest o współpracy gospodarczej naszych wrogów Niemiec i Związku Radzieckiego po klęsce wrześniowej i pociągach z surowcami jadących na zachód aż do ranka 22 czerwca 1941.
Mniej ciekawią mnie opowieści o polskiej motoryzacji i zaletach Stara 266 czy porównanie zachorowalności na raka mieszkańców Hiroszimy i Krakowa, a już zupełnie mam gdzieś to, jakie strony otwierają się opowiadającemu w trakcie poszukiwania materiałów źródłowych dotyczących lotnictwa na rosyjskich stronach www. I wiele innych wątków, w tym bardziej osobistych, opowiadanych ze swadą jednakże bez związku z tematem spotkania. Po godzinie wychodzę na spacerek ogrzać się wśród zabytków lotniczych. Wracam i widzę, tematyka bez zmian jeszcze przez kilka minut, po czym w końcu powrót do Su-25, coś nowego na ekranie, m.in. zdjęcia wersji dwumiejscowej z charakterystycznym dla rosyjskich "szparek" peryskopem. Jednak gdy słyszę, że mogły one być używane tylko do kołowania oraz startu i lądowania, kiedy to mogły być otwarte tylko do/od pewnej niewielkiej prędkości aby za mocno nie wiało do kabiny - wychodzę. Przed samym wyjazdem ok. 14.30 jeszcze raz, na pożegnanie wchodzę na chwilkę do sali kinowej i co widzę na ekranie - rysunki wczesnych koncepcji nowego szturmowca. Do widzenia. Wychodząc wyobrażam sobie, jak bym był "zawiedziony" gdybym wcześniej kiedyś wybrał się do Muzeum z głównym calem w postaci "Spotkania przy samolocie". To zdecydowanie nie dla mnie impreza. Pomijając epizod z Su-25 dwudniowy pobyt w MLP uznaję za udany. Patrząc na to co się tam dzieje jestem przekonany, że za kolejne dwa lata znowu się pojawię w tej szacownej instytucji.

Powiązane wpisy:

Muzeum Lotnictwa Polskiego – 60 lat tradycji na papierze i na lotnisku
Dzień Dziecka w niemieckich muzeach, cz. I - niedziela
Dzień Dziecka w niemieckich muzeach, cz. II - poniedziałek
Agrolotnictwo w Muzeum Narodowym Rolnictwa i Przemysłu Rolno–Spożywczego
Lubuskie Muzeum Wojskowe – ciekawa, choć zaniedbana ekspozycja
Seattle II a. Randka z czarnym ptakiem
Seattle II b. Drapieżne ptaki wojen światowych
Seattle II c. Wiata samolotami bogata
Kijów 2018, cz. 2. Muzeum – samoloty bojowe
Kijów 2018, cz. 2b. Muzeum – samoloty pasażerskie i transportowe
Kijów 2018, cz. 2c. Muzeum – kraina wiatraków



















sobota, 8 grudnia 2018

Kijów 2018, cz. 2b. Muzeum – samoloty pasażerskie i transportowe


Kijowskiemu muzeum na Żulianach niewątpliwie należy się pochwała za stan, w jakim znajdują się eksponaty oraz ich układ. Pogrupowanie eksponatów w „aleje” poszczególnych biur konstrukcyjnych w znaczący sposób ułatwia zwiedzanie. I choć nie jest to układ idealny, w prosty sposób porządkuje kolekcję, tym bardziej, że poszczególne biura w ZSRR zajmowały się raczej maszynami o podobnym przeznaczeniu.


Po przeciwnej stronie betonowej ścieżki biegnącej wzdłuż opisanej ostatnio alei Su zgromadzono samoloty noszące na kadłubach znaki Ił. Kolekcja pochodzi z czasów powojennych, kiedy to Władymir Iliuszyn i jego współpracownicy wyspecjalizowali się w samolotach pasażerskich. Na początek pięknie pomalowany w czerwono-biało-szare barwy, z uroczym rysunkiem pingwina na czerwonym ogonie, Ił-14P (CCCP-52036). Ten niecodzienny w czasach ZSRR element dekoracyjny i kontrastowe barwy wynikają z zastosowania samolotu w lotnictwie polarnym. Co ciekawe, wśród licznej grupy maszyn transportowych i pasażerskich jest to jedyna maszyna o napędzie tłokowym. Zaraz za nim znany, podobnie jak Ił-14, ze służby w PLL LOT Ił-18 (CCCP-75634). Ten średniodystansowy, duży turbośmigłowiec otworzył swego czasu nasze linie na Europę. Jego wojskowe klony Ił-38 i Ił-22 pozostają w aktywnej służbie rosyjskiej armii po dziś dzień. Kolejna, tym razem odrzutowa konstrukcja, którą jest Ił-62 (CCCP-86696) też na zawsze zapisała się w historii samolotów z żurawiem na stateczniku. Tym razem jednak nie tylko jako „samolot, który przybliżył Amerykę”, lecz także zabił w dwóch katastrofach 270 osób. Sam samolot posiada bardzo ciekawy układ konstrukcyjny z czterema silnikami umieszczonymi po bokach tylnej części kadłuba. Niewątpliwą atrakcją jest możliwość zwiedzenia wnętrza samolotu, a nawet zajęcia miejsca w fotelu pilota. 



Kolejny, największy w muzeum eksponat to pasażerski Ił-86 (CCCP-86000). Pierwszy, i jak się okazało jedyny, samolot szerokokadłubowy zbudowany w Związku Radzieckim. Zastosowano w nim ciekawą koncepcję „samoobsługi” pasażerów z wejściem na dolny pokład przez integralne schody i pozostawianiem tam bagażu. Niestety tym razem można było wejść jedynie na wspomniany trap. Samolot nie odniósł sukcesu, a jego wersja rozwojowa Ił-96 bardziej niż z linii lotniczych znana jest z funkcji ”Latajacego Kremla” czyli rosyjskiego odpowiednika „Air Force One”. Co ciekawe elementy usterzenia produkowane były w Mielcu, a plany zakładały także produkcję skrzydeł. Szkoda, że nie zdążono z tym przed upadkiem ZSRR, na pewno podniosłoby to poziom technologiczny zakładu. 
Ostatni z Iłów jest wyjątkowo maszyną transportową, to doskonale znanym niemal na całym świecie Ił-76 (CCCP-76-511). Co ciekawe, ten ciągle podstawowy samolot transportowy armii rosyjskiej, eksponowany jest w typowych dla niego barwach Aerofłotu, podczas gdy jeszcze kilka lat temu nosił inne barwy i znaki UR-UCI. Minusem jest to, że inaczej niż podczas poprzednich wizyt nie można było wejść do środka maszyny. 
Ciekawym, związanym z Polską eksponatem jest stojący nieopodal Iła-76 Jak-40 o znakach UR-SAN, który w latach1975-2002 latał w 36 SPLT z numerem 043. W międzyczasie (IV 1988-III 1991) jako SP-LED w PLL LOT, a po sprzedaży za granice także jako9L-LDI w Sierra Leone. 






Jeśli poszukać "dokładniej", to w zamkniętej strefie za schronohangarem stoi jeszcze 
jeden ex-polski Jak-40 z rejestracją  UR-MHG. Ten egzemplarz z numerem 040 latach 1975-2005 większość służby spędził w 17 EL.




Po drogiej stronie ekspozycji obok alei Migów postawiono samoloty pasażerskie Tupolewa, oczywiście za wyjątkiem wspomnianego wcześniej Tu-104. Mamy tu tylko trzy maszyny. Całkiem przyzwoity, choć u nas otoczony nienajlepsza sławą Tu-154 (CCCP-85020). Samolot można zwiedzić, choć z powodu „przerwy technicznej” przyjemność ta nas omija. Zajrzeć można też do wnętrza „rządowego” Tu-134A-3 (UR-65782), co z przyjemnością czynimy. Wrażenia – nasz rządowy „Jacek”, tylko nieco większy. Obok wyeksponowano jeszcze jedną maszynę, tym razem w wersji Tu-134A w barwach Aerofłotu (CCCP-65734).

Skoro jesteśmy w Kijowie – stajni Antonowa, w kolekcji nie może zabraknąć samolotów skonstruowanych i zbudowanych w pobliskich zakładach. Eksponaty zgromadzono nieco na uboczu, za aleją Iłów. Kolekcję otwiera ustawiony nieco z boku samolot legenda An-2R (UR-54812) w wersji rolniczej. Popularny Antek nierozłącznie związany jest z zakładami PZL Mielec, gdzie zbudowano ich ok. 13 000!. Właściwa aleja przedstawia linię rozwojową nieśmiertelnego An-24. Wszystko zaczyna się od pasażerskiego An-24B (UR-46801), dalej postawiono pierwszą przymiarkę do wersji towarowej An-24P (UR-49256) oraz klasyka An-26 (UR-26215). Ponownie zarówno wersja pasażerska, jak i towarowa blisko związane są z historią polskiego lotnictwa cywilnego i wojskowego. Niestety nie ma ostatniego elementu linii czyli Ana-32. Idąc dalej spotykamy dwie oryginalne konstrukcje. Najpierw An-26 głęboko przerobiony do wersji fotogrametrycznej/rozpoznawczej An-30 (UR-30005), która charakteryzuje się uniesioną poza obrys kadłuba kabiną pilotów i bogato oszkloną kabiną nawigatora w dziobie. Do tego liczne owiewki i luki na sprzęt fotograficzny i dodatkowe wyposażenie. 
O ile jednak Any-30 można spotkać jeszcze w kilku miejscach, czasem nawet na Okęciu, to kolejny samolot jest rarytasem na skalę światową. An-71 (CCCP-780361) powstał u schyłku Związku Radzieckiego jako mini AWACS, czyli „latający radar”. W odróżnieniu jednak od większych braci (Boeing E-3 Sentry, Beriew A-50) czy morskiego kuzyna (Grumman E-2 HawkEye) konstruktorzy Antonowa umieścili antenę radaru nie na specjalnym wysięgniku na kadłubie lecz na szczycie statecznika pionowego. Poza oryginalnym talerzem samolot zwraca uwagę licznymi owiewkami oraz wylotem gazów spalinowych pomocniczego silnika, którego zadaniem było zasilanie w energię elektryczną radaru i innych systemów zadaniowych maszyny. Eksponat ten pojawił się w muzeum przed kilku laty i przyznam, że na jego zobaczeniu zależało mi najbardziej.
Szkoda, że na wystawie, mam nadzieję jak na razie, nie znalazł się żaden z naprawdę dużych transportowców Antonowa. Myślę tu głównie o Anie-12, Anteuszu (An-22) i Rusłanie (An-124). Może kiedyś podobnie jak An-71 zasila kolekcję dając impuls do zorganizowania kolejnej wyprawy.
Za aleją Antonowów zgromadzono kilka maszyn z „kolorowej kolekcji”, o których napiszę nieco później, gdyż w następnym odcinku opisana zostanie kolekcja śmigłowców.


Powiązane wpisy:

Kijów 2018, cz. 2. Muzeum – samoloty bojowe
Kijów 2018, cz. 2c. Muzeum – kraina wiatraków
Dzień Dziecka w niemieckich muzeach, cz. I - niedziela
Dzień Dziecka w niemieckich muzeach, cz. II - poniedziałek
Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie 2019
Agrolotnictwo w Muzeum Narodowym Rolnictwa i Przemysłu Rolno–Spożywczego
Lubuskie Muzeum Wojskowe – ciekawa, choć zaniedbana ekspozycja
Seattle II a. Randka z czarnym ptakiem
Seattle II b. Drapieżne ptaki wojen światowych
Seattle II c. Wiata samolotami bogata






























środa, 28 listopada 2018

Kijów 2018, cz. 2. Muzeum – samoloty bojowe

Poranek wita nas intensywnym blaskiem słońca i błękitem nieba. Idealnie trafiamy z pogodą, co jest niezwykle ważne, gdyż cała kolekcja muzeum eksponowana jest „pod chmurką”. Zawsze lepiej używać kremu przeciwsłonecznego niż parasola. Ale co tam krem, kiedy tak spieszy się nam do samolotów. Dwadzieścia minut spacerku skrajem lotniska i przekraczamy bramy Państwowego Muzeum Lotnictwa w Kijowie-Żulianach. 
Zajmująca sporą powierzchnię kolekcja zorganizowana jest w kilka rewirów, z których jedynie dwa posiadają linki ograniczające dostęp do eksponatów – samolotów bojowych i śmigłowców. Praktycznie wszystkie duże maszyny, pasażerskie, transportowe i bombowce są dostępne z zewnątrz bez żadnych ograniczeń. Kupując bilety w wersji „full” zyskujemy także dostęp do wnętrza kilku samolotów: Ił-62, Tu-134, Tu-154, Tu-134Sz oraz śmigłowców Mi-8 i Mi-26. Dodatkowym bonusem jest usytuowanie muzeum na skraju lotniska Kijów-Żuliany, tuż przy drodze kołowania, całkiem niedaleko pasa startowego. Obszerne, choć niezbyt wysokie wzniesienie usypane w pobliżu ogrodzenia umożliwia swobodną obserwację pasa oraz części eksponatów muzeum z ciekawej perspektywy. Jedynie drogę kołowania częściowo zasłania wysoki, betonowy parkan.
Pierwszy „obszar zamknięty” obejmuje kilka samolotów szkolnych oraz dwie „aleje” samolotów bojowych: Migów i Suchoi. Znajdująca się nieopodal wejścia najliczniejsza „Aleja Migów” zawiera 12 ustawionych w kolejności linii rozwojowej słynnych maszyn konstrukcji biura Mikojana i Guriewicza. Stoją w rzędzie począwszy od szkolno-bojowego UTIMiG-15 (nr takt. 31) poprzez MiGa-17F (77), 19PM (15), 21PFM (45), 21PF (21), 21UM (27), 23UB (84), 23ML (54), 23BM (05), 27K(57), 29A (06) aż do MiGa-25RBT (06). Wszystkie ciekawe, choć najbardziej chyba „stalowa błyskawica” MiG-25, jedyny seryjny samolot Made in CCCP przekraczający ponad trzykrotnie prędkość dźwięku. Podziwiając je po kolei przechodzimy przyspieszoną lekcję rozwoju odrzutowych samolotów myśliwskich. Dodatkowo gdzieś w środku „rewiru” stoi jeszcze jeden MiG-29C w atrakcyjnym malowaniu z akcentami w barwach narodowych Ukrainy.
Trochę niekonsekwentnie, gdzieś pomiędzy Migami oraz Suchojami wciśnięte są dwa śmigłowce Ka-26 w wersji pasażerskiej oraz agro. Szkoda, że nie razem z morskimi śmigłowcami Kamowa eksponowanymi w innej części muzeum.
Idąc od wejścia w drugą stronę, w prawo od szkolno-treningowego UTIMigGa-15 widzimy dwa podstawowe odrzutowce szkolne państw Układu warszawskiego rodem z Czechosłowacji - Albatrosa i Delfina. Nim dojdziemy do alei Su musimy jeszcze przejść pod stojącym nam na drodze, niemałym, szarym Tupolewem Tu-104. Dostępna z zewnątrz bez ograniczeń maszyna robi wrażenie, zwłaszcza nietypowym umieszczeniem silników i charakterystycznym dla samolotów Tupolewa „czystym aerodynamicznie” płatem. Ten pierwszy w Bloku Wschodnim odrzutowy samolot pasażerski wywodzi się z bombowca Tu-16, którego niestety w zbiorach muzeum nie ma.

Za Tu-104 rozpoczyna się aleja maszyn konstrukcji biura Pawła Suchoja. Mamy tu: Su-7BM (06), 15TM (16), 17UM3 (80), 17M (06), 25 (105) i Su-24 (56). Pięknie prezentuje się znana także z naszych lotnisk maszyna szkolno-bojowa Su-22UM3 cała w kolorze białym. Bardzo ciekawy i nieco egzotyczny z naszego punktu widzenia jest myśliwski Su-15TM. Samolot tego typu ma na koncie zestrzelenie koreańskiego Boeinga 747. Respekt budzą szturmowy Su-25, którego produkcji „o mało co” nie uruchomiono w Mielcu oraz bombowy Su-24, którego niemal codzienną obecność na polskim niebie, przynajmniej tam gdzie kiedyś mieszkałem,  mam ciągle w pamięci. Aż łezka się w oku zakręciła.
Kolekcje Migów i Su rozdziela Jak-28U - samolot o ciekawym, rzadko spotykanym dla samolotów bojowych okładzie z silnikami w gondolach pod skrzydłami. Ponad to maszyna o numerze 03 zbudowana jest w wersji szkolnej, w której oddzielna kabina ucznia umieszczona jest w dziobowej części kadłuba zamiast radaru.
Chwila oddechu, łyk zimnej wody i przed nami wyrasta kolejna część kolekcji – samoloty pasażerskie i transportowe. Więcej o nich w kolejnej części relacji.


Powiązane wpisy:

Kijów 2018, cz. 1

Kijów 2018, cz. 2b. Muzeum – samoloty pasażerskie i transportowe

Kijów 2018, cz. 2c. Muzeum – kraina wiatraków

Dzień Dziecka w niemieckich muzeach, cz. I - niedziela
Dzień Dziecka w niemieckich muzeach, cz. II - poniedziałek
Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie 2019
Agrolotnictwo w Muzeum Narodowym Rolnictwa i Przemysłu Rolno–Spożywczego
Lubuskie Muzeum Wojskowe – ciekawa, choć zaniedbana ekspozycja
Seattle II a. Randka z czarnym ptakiem
Seattle II b. Drapieżne ptaki wojen światowych
Seattle II c. Wiata samolotami bogata