Lipcowy
numer Lotnictwa należy do Dromadera. No cóż pięćdziesiąta rocznica narodzin dla
nieba jednego z najbardziej polskich spośród powojennych polskich samolotów
jest dobrym momentem, aby przybliżyć kończącą się powoli historię tego samolotu.
W Dromaderze konstruktorom z Mielca
udało się zgrabnie połączyć amerykański kadłub z radzieckim silnikiem,
wprowadzając przy okazji ulepszenia, które dały bardzo udaną maszynę rolniczą i
gaśniczą. Jak na realia okresów schyłku socjalizmu i transformacji ustrojowej
oraz dzikiego kapitalizmu końca wieku, liczba 759 wyprodukowanych egzemplarzy
prezentuje się całkiem okazale. Największą słabością Dromadera nie była jego konstrukcja, tylko to, że powstał – kiedy powstał, i powstał – jaki powstał. Jak powstał, gdyż zupełnie nie
przystawał do warunków gospodarczo-społecznych Wielkiego Brata, gdzie też
mielecki Antek był, jest i jeszcze
długo pozostanie bezkonkurencyjny, więc szansy na wielotysięczną serię od
początku nie było. Czas narodzin też nie był szczęśliwy. Najpierw ukrywane przed
towarzyszami ze wschodu, niczym niechciana ciąża nastolatki, prace projektowe i
budowa prototypów. Nie łatwiej było też uruchomić seryjną produkcję w czasie
szalejącego kryzysu ekonomicznego i paraliżującego społeczeństwo stanu
wojennego. Jednak produkcja szła i to mniej więcej w liczbie ok. 50 sztuk
rocznie. Niestety produkcja wielkoseryjna skończyła się wraz z końcem
socjalizmu w naszym pięknym kraju. Przyczyn było wiele: problemy ekonomiczne i
strukturalne przedsiębiorstwa, załamanie rolnictwa wielkoobszarowego w
państwach demokracji ludowej, pojawienie się na, jak by nie było, niszowym rynku sporej liczby maszyn z drugiej ręki,
czy szybkie starzenie się konstrukcji, zwłaszcza wobec braku wersji turbinowej.
Nie mniej ważne dla "rozwoju", a właściwie pogrzebania agrolotnictwa w Unii
Europejskiej, było wprowadzenie zakazu oprysku pól z samolotów pod koniec
pierwszej dekady XXI wieku. Dozwolone w drodze wyjątku okresowe akcje nawożenia
lasów czy zwalczania szkodników leśnych podważyły sens istnienia firm
świadczących usługi agrolotnicze. Skromny zakres sporadycznych akcji z
powodzeniem mogą wykonywać dromadery służące na co dzień jako maszyny gaśnicze.
Wszystko do czasu kolejnej plagi szkodników leśnych, gdyż wówczas będziemy mieli
nie lada problem. Początek nowego wieku to już łabędzi śpiew w produkcji
latającego wielbłąda. W sumie, gdyby nie gaśnicze Dromadery, te ciekawe samoloty oglądalibyśmy pewnie tylko w muzeach
lub jako turbinowe hybrydy gdzieś za oceanem. Jesteśmy dziś świadkami powolnego
znikania z nieba chyba ostatniego udanego samolotu polskiej, no prawie,
konstrukcji i produkcji. I choć w kraju produkujemy nadal statki powietrzne,
to już nie to samo.
TOP 3
1. „Messerspit”. Najdziwniejszy myśliwiec drugiej
wojny światowej. Okazuje się, że hiszpańskie
Buchón nie były pierwszymi Bf 109 z Merlinem pod maską. Ciekawa historia zdobycznego
samolotu Spitfire Mk Vb, który Niemcy przerobili wyposażając w swój silnik DB
605A. W artykule nie tylko przedstawiono historię tej niezwykłej hybrydy, ale
także zaprezentowano i przeanalizowano wyniki przeprowadzonych testów. Jeśli
podejść do nich z odpowiednią rezerwą wynikającą z pewnej prowizoryczności
zastosowanych rozwiązań i dezaktualizacji rozwiązań technicznych w stosunku do
najnowszych maszyn obu stron, to porównanie staje się całkiem interesujące. W
sumie ciekawy epizod w historii techniki lotniczej, ciekawy artykuł i materiał
fotograficzny.
2. PZL M18 Dromader. 20% objętości numeru poświęcono dostojnemu
jubilatowi. Dobry, jak zwykle u L. A. Wieliczko tekst okraszony licznymi,
barwnymi zdjęciami i rzutami bocznymi. Niedosyt budzą tylko rysunki w pięciu
rzutach egzemplarza SP-ZUO. Ich autor poszedł na łatwiznę, wstawiając w miejscu
klapy zrzutu wody szary kwadrat. Nie bardziej przyłożył się do spodu kadłuba.
Mocno kłóci się to z bardzo szczegółowym przedstawieniem detali, zwłaszcza
skrzydeł. Niby szczegół, jednak łyżka dziegciu psuje beczkę miodu.
3. I.Ae.27 Pulqui i inne argentyńskie projekty
myśliwców Emile1a Dewoitine'a. Jeszcze większa egzotyka niż „Messerspit”, choć artykuł też
autorstwa L. A. Wieliczko. Tym razem prezentuje on argentyński samolot, będący
pierwszym odrzutowcem opracowanym i oblatanym w Ameryce Łacińskiej. Wyraźnie
widać, że poziom techniczny tej, w sumie doświadczalnej, konstrukcji wyraźnie
ustępuje temu, co w owym czasie budowały lotnicze potęgi: USA, ZARR czy Wielka
Brytania. Bez bogatego zaplecza naukowo-technicznego nawet talenty i
doświadczenie Dewoitine`a, Kurta Tanka i Reimara Hortena na niewiele się zdały.
Nie bez znaczenia były też skromne zasoby finansowe Argentyny.
Powiązane wpisy:


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz