czwartek, 26 stycznia 2023

Kobiety w kokpicie – feminizm w szlachetnej formie

Kobiety i mężczyzn różni wiele, przede wszystkim biologia. Jesteśmy inni, stworzeni przez naturę do realizacji trochę innych zadań, choć wespół uzupełniamy lub przynajmniej możemy się uzupełniać we wspaniały sposób. Nie wszystkie zadania, prace, wyzwania są tak samo możliwe, dostępne i sensowne dla obu płci, przynajmniej z biologicznego punktu widzenia, co do tego nie ma dyskusji. Dla uczciwego i trwałego funkcjonowania społeczeństwa należy wyznaczyć rozsądne granice dla tego, co dla obu płci jest wspólne, a co nie jest. Przez większość historii rodzaju ludzkiego ustrój patriarchalny nie służył sprawiedliwemu uwspólnieniu i rozgraniczeniu ról obu płci, podobnie jak nie służy mu lewicowo ortodoksyjny odłam współczesnego feminizmu, co ciekawe dziwnie cichego w sprawie poszanowania praw kobiet w trakcie wojny na Ukrainie. I choć powszechnie wiadomo, że wiele wspaniałych bohaterskich kobiet tam walczy, wspomaga żołnierzy i cywilów, często odnosi rany i ginie, wojujące feministki, zwłaszcza te wcześniej aktywne w mediach i na manifestacjach, zdają się o nich zapominać, o wsparciu moralnym lub materialnym nawet nie wspominając.
Tą negatywną ocenę „wojujących współcześnie feministek” wzmogła lektura książki opisującej kobiety prawdziwe feministki, które w ciężkich czasach drugiej wojny światowej podjęły służbę w lotnictwie i to w roli pilotów rozprowadzających samoloty różnych typów pomiędzy fabrykami, jednostkami bojowymi, składowiskami i bazami remontowymi RAFu w ramach ATA (Air Transport Auxiliary). Wysiłek i cierpienie kobiet po obu stronach frontu były ogromne. Od świadomości możliwej utraty mężów i synów, poprzez głód, strach, konieczność ciężkiej pracy, poniżanie wykorzystywanie i inne niecne rzeczy. W niewielu przypadkach przyczyniły się one do wzrostu roli kobiet, częściej przynosiły skutek odwrotny. W tym okrutnym czasie, w tym okrutnym świecie, ciekawym epizodem był udział kobiet w działaniach ATA, który w swojej książce przybliża Giles Whittell. Jej lektura zaznajamia czytelnika z okolicznościami zezwolenia kobietom na służbę w tej formacji. Słowo zezwolenia jest tu jak najbardziej na miejscu, gdyż w konserwatywnym, patriarchalnym społeczeństwie brytyjskim, każde – nawet najmniejsze „ustępstwo” na rzecz praw kobiet wymagało niemałego wysiłku przedstawicielek płci pięknej, a często też wspierających je mężczyzn. Podobnie było z dopuszczeniem kobiet do kokpitów samolotów wojskowych. Najpierw z ogromnym oporem do prymitywnych Tiger Moth, potem nieco bardziej złożonych maszyn, aż w końcu po wymarzonego Spitfire. Nawet w bardzo trudnym czasie ogromnego deficytu pilotów bojowych zezwolenie na wykonywanie chociażby pomocniczych lotów przez pilotów kobiety dla wielu decydentów w spodniach było co najmniej nie do pomyślenia. I nie chodziło tu o kobiety pilotów żółtodzioby, lecz o posiadające spory nalot (powyżej 200 godzin), a czasem spore osiągnięcia w sporcie lotniczym, dalekich przelotach lub codziennej pracy pilota. Już sam fakt wyszkolenia się na pilota przez kobietę w latach trzydziestych, o wielkich przelotach lub codziennej pracy w kokpicie nie wspominając, czynił z nich osoby niezwykłe w swoim uporze i zamiłowaniu do powietrznego żywiołu. Z kart książki dowiedziałem się ile starań, wysiłku i koneksji musiały włożyć Pauline Gower i Jackie Cohran, aby kroczek po kroczku zrealizować swoje marzenie o kobiecie pilotującej elipsoskrzydłego Spitfire. W końcu dopięły swego. Osnową książki jest właśnie walka wymienionych wyżej oraz wielu innych kobiet o swoje miejsce w kabinach samolotów wojskowych, w końcu także bojowych. W główny wątek Autor powplatał fragmenty biografii poszczególnych kobiet pilotek ATA, wśród których były nie tylko rodowite Brytyjki czy Amerykanki lecz także kilka przedstawicielek innych narodów, wśród nich trzy Polki: Anna Leska, Jadwiga Piłsudska i Stefania Wojtulanis. Wszystkie te panie poznajemy nie tylko jako fascynatki latania, ale także ciekawe osobowości mające wszystko to co kobiety mają i mieć powinny, zarówno po stronie pozytywów, jak i mniej chwalebnych cech. Wszystko to opisane jest w stylu cokolwiek zbliżonym do prasy popularnej, z wieloma wycieczkami w stronę życia osobistego, czasami nawet intymnego bohaterek. A że były to kobiety z charakterem, potrafiły z wytrwałością dążyć do celu, ciężko pracując, wykorzystując okazje i koneksje, przyjaźniąc się, kochając i nienawidząc, chwilami jest ciekawie lub wręcz pikantnie. Zwłaszcza w okresie wojny, gdy na co dzień musiały obcować ze śmiercią swoich współtowarzyszy obu płci czy swoich partnerów lub małżonków, targające nimi emocje przyjmowały bardziej wyraziste barwy i postawy. W licznych miejscach Autor wplata także swoje wrażenie ze spotkań z bohaterkami książek, które dożyły do czasów współczesnych i dzielą się z nim swoimi wspomnieniami, zmieniając nieco perspektywę opowiadania.
Wiele by można tu jeszcze napisać. Lepiej jednakże samemu zagłębić się w lekturę, nie rezygnując w początkowej fazie, kiedy to styl i język tekstu, a zwłaszcza dziwna odmiana nazw niektórych angielskich miast, nie zachęcają zbytnio do dalszej lektury.
Warto poznać bliżej te wspaniałe kobiety, w bardzo trudnych czasach, z wielką determinacją, a jednocześnie pokorą i godnością ciężko pracujące na rzecz szerszego udostępnienia kobietom kokpitów samolotów, zarówno wojskowych, jak i cywilnych. Pań, które poświęciły temu oraz walce ze znienawidzonymi Niemcami hitlerowskimi, swoją młodość, zdrowie, a często i życie, udowadniając, że są w pełni godne tego pięknego i trudnego zajęcia. Niestety ich rola i bohaterstwo nie są szeroko znane o ich docenieniu nie wspominając. Nie były bowiem asami przestworzy z pokaźnym rachunkiem sukcesów bojowych, lecz tylko jednym z trybików alianckiej machinerii bojowej. Trybikiem nader pięknym i szlachetnym.
 


Giles Whittell
Kobiety w kokpicie
Wiatr od Morza, Gdańsk, 2014
398 stron w twardej oprawie.
Pojedyncze zdjęcia czarno-białe

piątek, 20 stycznia 2023

Lubuskie Muzeum Wojskowe – ciekawa, choć zaniedbana ekspozycja

Jak mawiają doświadczeni ludzie, cudze chwalicie, swojego nie znacie. Wiedziony tym tropem postanowiłem w końcu odwiedzić Lubuskie Muzeum Wojskowe w Drzonowie. W końcu, gdyż z Poznania nie jest to zbyt daleko, niecałe dwie godziny jazdy, a jakoś przez wiele lat było mi nie po drodze.
W przepiękną, czerwcową niedzielę jadę więc zobaczyć zgromadzone tam lotnicze skarby, a spoglądając na zestawienie zgromadzonych tam  zabytków, wiem że będzie na co popatrzeć.
Samo miejsce jest bardzo urocze. Zabytkowy pałacyk, a za nim obszerny park z sadzawką pośrodku. Duży obszar zacieniony przez drzewa stanowi poważny atut jeżeli chodzi o wytchnienie przed palącym letnim słońcem, zarówno dla zwiedzających, jak i eksponatów. Ileż to razy prażąc się na otwartej przestrzeni innych muzeów marzyłem, podobnie jak kokpity i opony palonych słońcem eksponatów, o choćby odrobinie cienia. Drzewa i ich cienie przestają jednak być atutem, gdy zamierzam zrobić zdjęcia, kiedy to gra świateł i cieni czyni wykonanie choćby poprawnego zdjęcia nie lada wyzwaniem. Podobnie w przypadku samolotów i śmigłowców, drzewa dają co prawda cień, ale nie żałują im także kwiatów, pyłków, liści czy ptasich przesyłek, a to nie służy zarówno eksponatom, jak i pracownikom muzeum starającym się utrzymać cenne zabytki w w miarę przyzwoitym stanie. Pogoda jest przepiękna, więc w całej okazałości korzystam z uroków słonecznego dnia wśród samolotów, śmigłowców i drzew.
Lotnicza część ekspozycji podzielona jest, w sposób raczej nieformalny, na kilka części. Przy drodze, pomiędzy pałacykiem a kościołem zgromadzono samoloty odrzutowe drugiej generacji, cały wachlarz Limów oraz trzy Iskry, wśród nich ta wyjątkowa 0823 – jedyny prototyp wersji bojowej. Kolekcja Limów jest bardzo ciasno upchnięta w cieniu drzew, bogato upstrzona tym, co z nich pospadało, trudna do oglądania, o fotografowaniu nie wspominając. Na szczęście Iskry wyeksponowane są znacznie dogodniej.
W narożniku parku znajduje się kolekcja śmigłowców - cztery klasy lekkiej produkcji PRL-u oraz jeden średni Made in CCCP – Mi-4. Ekspozycja bardziej przestronna z rodzynkiem w postaci prototypu Mi-2M, a raczej jego niekompletnej skorupy. Z trzech istniejących i zachowanych egzemplarzy ten jest w zdecydowanie najgorszym stanie, ale jest. 
Dziobem w dzioby Iskier stoją Su-20 (6138) oraz MiG-21R (1423) z ciekawym zestawem podwieszeń, w tym przyspieszaczami startowymi i dodatkowym zasobnikiem rozpoznawczym wyłożonym obok. Serce się kraje, gdy takie cacko jak ten zasobnik oraz kilka eksponowanych dalej silników lotniczych niszczeje na wolnym powietrzu. Przy wspomnianych silnikach, po drugiej stronie parku mamy więcej odrzutowców trzeciej generacji: dwa MiGi-21 i Su-7U. Koło nich samoloty starszej daty, szturmowy Ił-10, a w zasadzie Avia B33 oraz szkolno-treningowy Jak-11. 
Wyraźnie widać, że emerytura pod chmurką im nie służy. Warunki odcisnęły się głównie na ich częściach płóciennych, a właściwie ich braku, podobnie jak ma to miejsce w stojącym obok Ile-14, któremu towarzyszy, nie do końca ukompletowany cywilny Li-2.
Więcej szczęścia mają dwa Jaki (12 i 18) oraz TS-11 Bies, dla których znalazło się miejsce w pawilonie na końcu parku. Mniej szczęścia mają jednak zwiedzający, dla których ciasno upchnięte w ciemnym kącie maszyny dostępne są w zasadzie z jednego miejsca. 
Wokół poupychano wiele elementów uzbrojenia, wyposażenia i napędów lotniczych i to co jest tu najcenniejsze – fragmenty samolotów z okresu II wojny światowej: B-17, He-111, P-39 i in. W zasadzie, to każdy z nich zasługuje na osobną gablotę z przyzwoitym opisem. 
Wracając na zewnątrz, gdzie co jakiś czas spacer umila dźwięk ciężkiej pracy samolotu wynoszącego skoczków spadochronowych w pobliskim Przylepie, można obejrzeć praktycznie z trzech stron najmłodszy i najnowocześniejszy eksponat lotniczy w postaci samolotu Su-22M4 (8511). Ustawiony z dala od drzew posiada mocno już wyblakły kamuflaż i w miarę czysty płatowiec, co w LMW jest ewenementem. Lotniczej całości w plenerze dopełnia stojący przy pałacu, od strony ulicy solidnych rozmiarów bombowiec Ił-28.
Kolekcja, jak na polskie warunki bardzo ciekawa i całkiem obszerna. Gorzej sprawa się ma z warunkami ekspozycji, które oględnie mówiąc są trudne. Ciekawym doświadczeniem był spacer po zaroślach parku przy kościele, który pozwolił spojrzeć z innej perspektywy na Limy, Iskry i śmigłowce. Przy okazji też dostarczył cennego znaleziska, w postaci aluminiowego panelu średniej wielkości, zapewne z któregoś z eksponatów. Najniższą ocenę należy wystawić kondycji eksponatów. W większości pokryte warstwą pyłków i innych opadów z drzew, spod których wyzierają wyblakłe, obłażące często całymi płatami warstwy farby. Wyraźnie widać ubóstwo instytucji połączone z bardzo trudnymi warunkami ekspozycji. Szkoda, gdyż nie służy to ani tym cennym zabytkom polskiej techniki lotniczej, ani zwiedzającym.
Po z górą czterech godzinach opuszczam to urocze i ciekawe, choć trochę zaniedbane miejsce. Cieszę się, że tu przyjechałem. Żałuję, że nie byłem tu wcześniej, pewnie wiele maszyn było w lepszym stanie. Z drugiej strony dobrze, że nie odłożyłem wyjazdu o kolejnych kilka lat, bo szanse na to, że coś się w ekspozycji poprawi są raczej nikłe.
Polecam odwiedzić Lubuskie Muzeum Wojskowe, bo warto, jednak bez zbytniego ociągania się.

Powiązane tematycznie wpisy:

Seattle II a. Randka z czarnym ptakiem
Seattle II b. Drapieżne ptaki wojen światowych
Seattle II c. Wiata samolotami bogata
Kijów 2018, cz. 2. Muzeum – samoloty bojowe
Kijów 2018, cz. 2b. Muzeum – samoloty pasażerskie i transportowe
Kijów 2018, cz. 2c. Muzeum – kraina wiatraków
Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie 2019
Agrolotnictwo w Muzeum Narodowym Rolnictwa i Przemysłu Rolno–Spożywczego






















niedziela, 15 stycznia 2023

Bez prawa powrotu – tytuł ze wszech miar trafny

Po książkę Macieja Ługowskiego sięgnąłem po części z ciekawości, po części z przekory, a po części ze względu na fajną okładkę. Autora znałem z licznych artykułów w niegdysiejszych czasopismach Armia i Aero. Przyznam, że jak na eksperta od spraw lotniczych, jego artykuły wypadały raczej słabo. W wielu Autor włożył wiele wysiłku, aby to co napisał miało niewiele wspólnego ze stanem faktycznym. Nie każdy potrafi pisać, choć czasem warto spróbować swych sił. Jeżeli nie wychodzi w prasie fachowej, to może powieść sensacyjna.
No i wątek sensacyjny w Bez prawa powrotu jest, więcej jest całkiem ciekawy i całkiem sprawnie podany. Z powodzeniem, po przeróbkach, mógłby być podstawą scenariusza filmu sensacyjnego. Jednakże bez pierwszego rozdziału, który w żaden sposób nie jest związany z resztą książki – 35 stron zmarnowanego papieru, czasu i pieniędzy czytelnika. Chyba chodziło tylko o to, by tomik przypominał bardziej książkę niż broszurę. Co do reszty, to już widzę oczami wyobraźni Toma Cruise i Jasona Stathama w kabinie MiGa-31 odpalającego rakietę w stronę amerykańskiego promu kosmicznego. Adama Drivera jako ukraińskiego informatyka, a Liama Neesona i Mela Gibbsona jako prezydentów USA i Rosji. Jako, że znaczna część akcji dzieje się w Rosji, wśród wojskowych, na pewno znalazł by się epizod dla Bogusława Lindy. Tyle o fabule, by nie spojrerować.
Autor posługuje się sprawnym językiem z licznymi całkiem plastycznymi opisami i wartką akcją. Trochę razi zamerykanizowanie wielu nazw rosyjskojęzycznych, jak stacja Bieloruskaja, Bielaruskij Wakzal, Wladimir, tak jakby w polskim i rosyjskim alfabecie nie było litery „ł”. Patrząc na ilość błędów gramatycznych i interpunkcyjnych wyraźnie widać, że nad książką nie pochylił się żaden korektor i przyzwoitego redaktora też ona nie widziała.
Sprawą, która mnie bardziej zasmuca lub wręcz wkurza jest przedstawienie przez Autora tematów lotniczych, w szczególności zagadnień technicznych . Za ponury żart przyjmuję słowa z zamieszczonej w tomiku recenzji „Autor zaprezentował się jako wysokiej klasy specjalista zagadnień związanych z cywilnymi i wojskowymi statkami powietrznymi”. O fachowości niech świadczy poniższych kilka jej sztandarowych przykładów. O „drobniejszych” nie napiszę, szkoda czasu i słów.

Powierzchnia pokładu Boeinga VC-25 rzeczywiście wynosi ok. 4000, tylko nie metrów kwadratowych, a stóp kwadratowych (str. 46). To jakieś jedenaście razy mniej!
MiG-31 jest potężnym myśliwcem krótkiego zasięgu (str. 59), Su-35 ciężkim szturmowcem (str. 64), a MiG-29 to ciężki myśliwiec przechwytujący (str. 229).
Ka-50 (KA-50) ma dwa współosiowe, czterołopatowe wirniki (str. 100).
Ładunek jądrowy o mocy 1,5 megatony trudno jest nazwać ładunkiem o niewielkiej mocy (str. 82), w końcu to tylko sto razy więcej niż miała bomba zrzucona na Hiroszimę.
„Pięć i pół kilometra to dla dobrego piechura dwie godziny marszu” (str. 175).
W trakcie awarii głównego układu hydraulicznego samolotu MiG-31 urwało „głębokościomierz” (str. 210).
Napęd MiGa-29 stanowią silniki AL-41F (str. 224).
BiG-31BM (str. 234).
Szturman i nawigator to zupełnie różne funkcje w rosyjskich samolotach (str. 246).
No i samo nazewnictwo: KA-50 (str. 99), TV3-117M (str. 104).

Jak dla mnie tytuł idealnie oddaje ocenę książki i przepowiednię dalszej kariery pisarskiej Autora, choć jeszcze lepiej robi to cytat z niej „milczeć o odbytem zadaniu” (str. 114).

Maciej Ługowski
Bez prawa powrotu

Wydawnictwo Astrum
250 stron w miękkiej oprawie.

czwartek, 12 stycznia 2023

Lotnictwo 12/2022 – ukraińska pętla beznadziei

Kolejny numer Lotnictwa zdominowały artykuły związane w mniej lub bardziej bezpośredni sposób z wojną na Ukrainie. W sumie to aż 43 % objętości numeru. Zważywszy na ważność zagadnienia nie ma się co dziwić. W końcu nie każdy udaje, że na Ukrainie wojny nie ma. Wojna jest i jeszcze długo będzie, a im dłużej będzie trwała, tym bardziej będzie zaciskała pętlę wokół Europy, która jak kamień młyński zdaje się ciągnąć świat w otchłań atomowego niebytu. Wielu, nie bez racji powie, że wizja jest na wskroś kasandryczna i beznadziejna. Ale czy istnieje inna, na tyle realna, by przy odrobinie realizmu nie trzeba by jej między bajki dla grzecznych dzieci włożyć? Dlaczego tym kamieniem jest Europa, a zwłaszcza jej zachodnia część? Ano dlatego, że zadufana w swoje historyczne przywództwo, nieomylność i jedynie słuszne dla całego świata wartości zrobi wiele, by postawić na swoim. Przecież EU ze swoimi zastępami sowicie opłacanych ekspertów nie dostrzegła, że próba szantażu wileńskiego z listopada 2013 roku nie tylko postawi Janukowycza w sytuacji bez wyjścia i sprowokuje nie tylko kolejny majdan, ale także inwazję zielonych ludzików na Ukrainę. Z różnych, nie zawsze merytorycznych względów, zapatrzeni w swoje wartości nie chcieli zauważyć, że po drugiej stronie jest przeciwnik, który niekoniecznie będzie chciał grać według ich „szlachetnych” zasad. Brnęli więc w ułudę Porozumień mińskich, do końca nie chcąc wierzć, że stanie się to, co się stało 24 lutego. Eksperci od siedmiu boleści lub raczej siedmiu kieszeni. Ci sami ludzie stoją za plecami przywódców w Berlinie, Paryżu i Brukseli podsuwając kolejne pomysły, podszyte ciągle tymi samymi wartościami i interesami. Nikt nie przyzna, że w przypadku polityki wschodniej UE poniosła sromotną klęskę. I nie chodzi tu o to by usprawiedliwiać działania Kremla, bo usprawiedliwienia dla nich być nie może. Trzeba jednak zapytać, gdzie poszły miliony, o ile nie miliardy euro na analizy, opinie, rady i kto tak bardzo się pomylił. Dopóki nie zajdzie totalna zmiana w postrzeganiu realnego świata i przewartościowanie wartości UE na te mniej „szlachetne” lecz realnie rządzące światem, a „eksperci” i politycy nie poniosą konsekwencji swojej ignorancji i zadufania w sobie, szansa na szansę znalezienia jakiegokolwiek zdroworozsądkowego rozwiązania kryzysu ukraińskiego jest bliska zeru. Niestety obie strony są za słabe by wojnę rozstrzygnąć na swoją korzyść na polach bitewnych, a zbyt silne, zadufane w sobie i mające zbyt wiele do stracenia by przyznać się do jakichkolwiek błędów i pójść na ustępstwa. Spirala napięcia i absurdu się nakręca.
Nie masz, nie masz nadziei.
 
Top 3 magazynu*:
1. Lotnictwo Wojsk Lądowych Sił Zbrojnych Ukrainy. Lektura tego skąd inąd ciekawego artykułu tylko potwierdza hart ducha i niezwykłą waleczność Ukraińców. Wzmacniają to odczucie podane ilości śmigłowców będących w służbie na początku inwazji - 15 Mi-2 i po ok. 60 Mi-8 i Mi-24 w różnym stanie gotowości bojowej. Mija dziesięć miesięcy walki z przeważającymi siłami agresora, a oni ciągle latają i realizują zadania bojowe. Niewiele w tej ocenie zmieniają, nie takie w końcu liczne, dostawy śmigłowców z wspierających Ukrainę państw. Sam artykuł przedstawia strukturę i wyposażenie LWL Ukrainy w przededniu rosyjskiej inwazji oraz w jej trakcie. Jest bogato ilustrowany, dosyć monotonnymi zdjęciami kilku śmigłowców, zrobionymi głównie podczas ćwiczeń na jesieni 2018 roku. Artykuł wart przeczytania.
2. McDonnell F2H (F-2) Banshee. Tym razem L.A. Wieliczko prezentuje mniej znany pokładowy samolot myśliwski z okresu początków napędu odrzutowego. Mało znany, gdyż w wyniku bardzo szybkiego rozwoju techniki lotniczej w latach czterdziestych i pięćdziesiątych co kilka do służby wchodziła nowa generacja maszyn. Najkrócej służyły te z pierwszej, do której zalicza się bohater mini monografii. Ponad to a Banshee nie służyły po za US Navy, po za kilkunastoma używanymi maszynami sprzedanymi do Kanady. Samolot ten posiadał nie tylko ciekawą sylwetkę i nowoczesne rozwiązania konstrukcyjne, ale też na swoim koncie kilka pionierskich wydarzeń, jak chociażby pierwsze lądowanie i start dwusilnikowego odrzutowca z pokładu lotniskowca czy pierwsze użycie fotela katapultowego w lotnictwie amerykańskim. Artykuł ciekawy i porządnie napisany.
3. Działania lotnicze w bitwie nad Chałchyn-Goł. Kolejny materiał w numerze, który bezpośrednio łączy się ze znakiem czerwonej gwiazdy. Tym razem przenosimy się do roku 1939, kiedy to doszło do zaciętych walk sowiecko-japońskich gdzieś pomiędzy Mongolią i Mandżurią. Egzotyczne miejsce, trochę mniej znane samoloty, w tym Fiaty BR.20, ciekawe pojedynki, wiele ofiar oraz, jak zwykle, bardzo, bardzo zawyżone statystyki zwycięstw powietrznych. Ciekawostką jest, że autorem artykułu jest zmarły tragicznie Krzysztof Zalewski. Jak pisze Redakcja, ten ostatni jego autorstwa artykuł publikowany jest w dziesiątą rocznicę śmierci. Czas szybko płynie, a nienapisanych artykułów pozostał wiele. Szkoda
.
* ze względu na małą liczbę obszernych artykułów TOP 5 obejmował by większość z nich, a nie o to chodzi.
 
Powiązane wpisy:

Lotnictwo 11/2022 – Su-25 w trzech odsłonach
Lotnictwo 10/2022 – Czy w Radomiu będzie święto MiGa?
Lotnictwo 9/2022 – pilna potrzeba czy zakupomania?
Lotnictwo 7-8/2022 – wiatr ze wschodu, Dalekiego Wschodu
Lotnictwo 6/2022 – lato latających olbrzymów
Lotnictwo 5/2022 – modernizacja u Bratanków
Lotnictwo 4/2022 – wojna dzień po dniu
Lotnictwo 3/2022 – pocztówki z wojny
lot-nisko: Lotnictwo 2/2022 – mosty, mosty, mosty
Lotnictwo AI 1/2022 – przyszłość nadejdzie szybciej niż nam się wydaje
Lotnictwo AI 12/2021 – rocznicowe dylematy
Lotnictwo 11/2021 – pierwszy wielki sukces Antonowa
Lotnictwo10/2021 – wiosenna wojenka 1939
Lotnictwo9/2021 – dzień dzisiejszy lotnictwa wojskowego RP
Lotnictwo6/2021 – Łukaszenka nie był pierwszy?
Lotnictwo5/2021 – szpiedzy 50+
Lotnictwo4/2021 – kwietniowa mozaika
Lotnictwo 3/2021 – magazyn gdybających dziennikarzy
Lotnictwo 2/2021 - dwie rosyjskie ikony (lotnictwa)
Lotnictwo 1/2021 - przyzwoity start
Lotnictwo 12/2020 - nowe stare samoloty
Lotnictwo 11/2020- nowe stare
Lotnictwo 10/2020 - numer delta
Lotnictwo 9/2020
Lotnictwo 8/2020 - znowu czarna owca w numerze
Lotnictwo 7/2020
Lotnictwo 6/2020 – pod znakiem latających olbrzymów

niedziela, 8 stycznia 2023

Lotnictwo AI 12/2022 – numer wiele objaśniający

Natłok informacji, jakie docierają do nas każdego dnia, ich fragmentaryczność, powierzchowność - o jakości i parciu na klikalność nie wspominając - sprawiają, że często umyka nam szerszy obraz pewnych zagadnień lub obszarów. Nie inaczej jest z informacjami związanymi z lotnictwem, zwłaszcza wątkami leżącymi nieco na uboczu głównego, popularnego nurtu. W grudniowym numerze Lotnictwa AI znalazły się dwa artykuły porządkujące wiedzę w tego typu obszarach. Jeden mówi o obronie przeciwlotniczej niskiego i średniego pietra, drugi o polskiej władzy lotniczej, aktualnie funkcjonującej pod nazwą Urzędu Lotnictwa Cywilnego. Duże brawa za podjęcie tych tematów w taki właśnie sposób. Oba artykuły nie przedstawiają wszystkich informacji, bo nie mogą, wiele jednak porządkują.
 
TOP 5 magazynu:
1. Modernizacja polskiej naziemnej obrony przeciwlotniczej. Wojna na Ukrainie pokazała z całą mocą, jak wielkie znaczenie na współczesnym, pełnoskalowym polu walki ma obrona przeciwlotnicza. To dzięki jej wydajnej pracy agresorowi spod znaku czerwonej gwiazdy nie tylko nie udało się zdobyć panowania w powietrzu, lecz także przyszło płacić bardzo wysoką cenę za wsparcie sił lądowych z powietrza. W Polsce przez prawie trzy dekady w zasadzie zadowalano się tym, co zostało po czasach Układu Warszawskiego, ograniczając się właściwie do niewielkich modernizacji. Dopiero zielonoludzikowa agresja Rosji na Ukrainę przyspieszyła działania w kierunku modernizacji obrony przeciwlotniczej. I całe szczęście, gdyż jej odbudowa jest już na zaawansowanym etapie. Na jakim etapie proces odbudowy obrony przeciwlotniczej jest dzisiaj i jakie są plany na najbliższą przyszłość pisze w swoim ciekawym artykule Andrzej Kiński.
2. Władza lotnicza w Polsce. 20 lat Urzędu Lotnictwa Cywilnego w Polsce. Trzeba zacząć od tego, że tytuł nie oddaje w pełni zawartości artykułu. Oddaje mniej więcej w połowie, bo tyle jest o ULC. Pierwsza połowa artykułu to historia cywilnej władzy lotniczej w Polsce przed powstaniem ULCu, od etapu Wydziału Kolejek Wąskotorowych i Miejskich w Ministerstwie Kolei Żelaznych, bo takie były początki. Z artykułu można się wiele dowiedzieć na temat tego, co było dawniej i do czego powołany jest i co robi ULC.
Zastrzeżenie mam jedynie do podpisu zdjęcia ze str. 66. Nie jest prawdą, że wprowadzenie samolotów Ił-62M postawiło przed władzą lotniczą nowe problemy związane ze znacznym rozszerzeniem i wydłużeniem siatki połączeń. Takie problemy i wyzwania przyniosło już wprowadzenie Iłów-62.
3. Messerschmitt Me 262 Schwalbe przekleństwo Luftwaffe. W drugiej części artykułu jest zdecydowanie miej kulisów politycznych oraz personalnych wprowadzenia pierwszych niemieckich odrzutowców do walki. Jest za to opis ich działań bojowych prowadzonych u schyłku III Rzeszy, od lutego 1945 r. Wiadomo, że w tym czasie, wobec absolutnego panowania Aliantów w powietrzu oraz kryzysu zaopatrzeniowego i personalnego Luftwaffe, Me 262 nie mógł wykazać się swoimi, wcale przecież nie małymi możliwościami. Tak jak w podsumowaniu pisze Autor – K. Janowicz, gdyby posłuchano A. Gallanda i rok wcześniej wystawiono do walki myśliwce Me 262 z doświadczonymi pilotami za sterami, przysporzyłyby one Aliantom niemało problemów.
4. Black Hawk, sieciocentryczne pole walki, a sprawa polska. Drugi miesiąc z rzędu S. Kutnik zachwala zalety śmigłowca Black Hawk, przekonując, że jeżeli już zakupimy śmigłowce uderzeniowe Apache oraz czołgi Abrams, to logicznym dopełnieniem amerykańskiej triady uderzeniowej jest śmigłowiec UH-60, który koniecznie powinien być zakupiony. Trudno nie doszukiwać się w tym materiale, i zapewne nie bezpodstawnie, elementów lobbingu koncernu Sikorsky na rzecz zakupu większej ilości tych maszyn. Na szczęście Autor przedstawia bardzo konkretne argumenty za, przez co tekst nie jest nachalny, niemal w całości wolny od marketingowego bełkotu.
5. Lockheed Martin HC-130 w USAF oraz USCG. Kolejny z serii artykułów przybliżających specjalistyczne wersje najpopularniejszego samolotu transportowego świata, jakim w mojej opinii jest C-130 Hercules. Tym razem przyszła kolej na wersje poszukiwawczo-ratownicze. Omówiono kolejne wersje, ich wyposażenie możliwości operacyjne, zastosowanie, modernizacje itp. Całkiem ciekawie i prawie fajnie. Prawie, gdyż P. Henski nie byłby chyba sobą, gdyby w swoim tekście nie zaliczył wpadki lub częściej wpadek, tym razem nie tylko z lotnictwem związanych. Najlepsza jest włoska baza lotnicza w „Naples”, str. 55.  Autor po raz kolejny wykazuje się lotniczym analfabetyzmem myląc wciągarkę z wyciągarką, str. 53.W skład załóg HC-130P/N wchodzi dwóch „ładowniczych”, str. 57. Po ujednoliceniu oznaczeń samolotów wojskowych USA w 1962 r. samoloty otrzymały oznaczenie HC-130G. „Używano ich bardzo krótko, po czym zmieniono je na HC-130B”, str. 59. Autor zapomniał tylko dodać, że chodzi o oznaczenie, a nie o samoloty. Ale kto by się przejmował takimi „duperelami”. W tym przypadku określenie „drony bezzałogowe”, str. 54 to już tylko deserek.

Powiązane wpisy:

Lotnictwo AI 11/2022 – przekleństwo Jaskółki
Lotnictwo AI 10/2022 – szklane kule Airbusa i Boeinga
Lotnictwo AI 9/2022 – śmigłowce na fali wznoszącej
Lotnictwo AI 8/2022 – śmigłowiec, którego nie ma
Lotnictwo AI 7/2022 – spalone marzenie
Lotnictwo AI 6/2022 – drony po polsku
Lotnictwo AI 5/2022. Zbrojne niebo nad nami
Lotnictwo AI 4/2022. Aligator – historia upadku
Lotnictwo AI 3/2022 – powietrzni zwiadowcy duzi i mali
Lotnictwo AI 2/2022 – numer ostatni przedwojenny 
Lotnictwo 1/2022 -przyszłość nadejdzie szybciejniż nam się wydaje
Lotnictwo 12/2021 - rocznicowe dylematy
Lotnictwo 11/2021 – pierwszy wielki sukces Antonowa
Lotnictwo10/2021 – wiosenna wojenka 1939
Lotnictwo9/2021 – dzień dzisiejszy lotnictwa wojskowego RP
Lotnictwo6/2021 – Łukaszenka nie był pierwszy?
Lotnictwo5/2021 – szpiedzy 50+
Lotnictwo4/2021 – kwietniowa mozaika
Lotnictwo 3/2021 – magazyn gdybających dziennikarzy
Lotnictwo 2/2021 - dwie rosyjskie ikony (lotnictwa)
Lotnictwo 1/2021 - przyzwoity start
Lotnictwo 12/2020 - nowe stare samoloty
Lotnictwo 11/2020- nowe stare
Lotnictwo 10/2020 - numer delta
Lotnictwo 9/2020
Lotnictwo 8/2020 - znowu czarna owca w numerze
Lotnictwo 7/2020
Lotnictwo 6/2020 – pod znakiem latających olbrzymów
Lotnictwo 4-5/2020 - co z tym Lotnictwem?Lotnictwo 3/2020 - dno jest blisko
Lotnictwo 2/2020-- ciekawie, choć nadal z dodatkiem bylejakości
Lotnictwo 12/2019 - sinusoida
Lotnictwo 10-11/2019 - jeden artykuł rozwalił cały numer 
Lotnictwo 6/2019, nie tracę nadziei