środa, 29 czerwca 2022

PZL W-3 Sokół – książka przekombinowana

Poszukując w sieci lub antykwariatach licznych publikacji dotyczących wybranego statku powietrznego,  wydanych w kilku tomach, często zastanawiam się dlaczego dostępne są tylko określone tomy. Czasem tylko ostatnie, zwykle drugie lub trzecie, a niekiedy tylko pierwsze. Czyżby w pierwszym przypadku kolejne tomy nie znalazły już tylu nabywców co pierwszy, a w drugim do wydania kolejnych nie doszło? Myślę, że w wielu przypadkach menadżerowie postanowili w pierwszej części odpalić większość fajerwerków, które zainteresują liczne grono odbiorców. Drugi tom nabywali tylko pasjonaci, a trzeci fanatycy. Czy podobnie będzie z omówionym niżej tytułem? W mojej opinii tak właśnie będzie, o ile trzeci tom w ogóle się ukaże.
Śmigłowiec Sokół, z radzieckiej tradycji nazwany W-3, stanowi szczytowe osiągnięcie polskiego przemysłu śmigłowcowego i jedyną prawie polską konstrukcję, która odniosła jako taki sukces rynkowy. Pomimo że koncepcyjnie i technicznie Sokół wywodzi się z początków lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, do dziś pozostaje podstawowym śmigłowcem średnim wojska polskiego, w którym w swoich licznych wersjach, spełnia stawiane przed nim, bardzo różnorodne zadania. Dzięki modyfikacjom i kilku programom modernizacyjnym jeszcze przez długie lata Sokoły, Głuszce, Anakondy i Procjony pełnić będą służbę z biało czerwoną szachownica na kadłubie. Znacznie mniej szczęścia W-3 miał za granicą. Nim zaczął być eksportowany do głównego planowanego odbiorcy – ZSRR, ten się rozpadł, a jego spadkobiercy nie chcieli i nie mogli – bo za co – kupować tych ze wszech miar udanych na tamten czas maszyn. Eksport na zachód, pomimo uzyskania stosownych certyfikatów, też nie był oszołamiający. Nim maszyna okrzepła, a producent wyszedł z zakrętów związanych z transformacją ustrojową w Polsce, konstrukcja zdążyła się zestarzeć technicznie i moralnie. Czy zbudowanie przez 29 lat 174 egzemplarzy było sukcesem? Na to pytanie odpowiedzcie sobie Państwo sami.
Pół wieku historii śmigłowca oraz siedem lat od zakończenia produkcji to chyba dobry czas na publikację książki prezentującej w całości historię powstania, dopracowania i produkcji seryjnej śmigłowców rodziny W-3. I takowa niedawno pojawiła się wydana przez wydawnictwo Answer, a popełniona przez trio Fiszer, Gruszczyński & Fleischer. Pierwszy kontakt z książką, tuż po przełknięciu jej nie najniższej ceny, jest jak najbardziej pozytywny. Solidna twarda okładka, dobry papier i nie gorszy druk. Bardzo dużo ciekawych zdjęć, co do których jakości trudno mieć zastrzeżenia. Do tego liczne sylwetki barwne i rzuty wielu wersji śmigłowca. Wśród zdjęć wiele szerzej nieznanych perełek, z pewnością wpływających na pozytywny odbiór całości. Zestaw, który zadowoli zarówno sympatyka lotnictwa oraz polskiego przemysłu lotniczego, jak i modelarza.
Zgoła odmiennie ma się sprawa z tekstem. Co prawda już przywykłem do marketingowych technik ogłupiania w stylu dwa w cenie jednego, jednak sprzedaż wiązana dwa w jednym produkcie, bez możliwości wyboru, już mi się nie bardzo podoba, tym bardziej, że nie wierzę, że połowa tekstu jest gratis – nie przy tej cenie książki. Piszę tu oczywiście o dwujęzycznym tekście książki równolegle po polsku i po angielsku. Czemu, po za podbiciem ceny i optycznym zwiększeniem ilości tekstu ma to służyć, nie wiem. Skoro już powstał zamiar wydania książki w dwóch językach, czemu nie wydano oddzielnych wersji – byłoby uczciwiej, wygodniej, bardziej ekologicznie, taniej.
Sam tekst czyta się dobrze, jest poprawny i przemyślany. Czasem tylko mam wrażenie, że czytam jeden z tomów serii 100 lat polskich skrzydeł (SM-1, Mi-2, PZL W-3 Sokół), choć autorstwo inne. Cóż trudno jest w odmienny, w dodatku poprawny i ciekawy sposób pisać o tym samym. Pierwsze strony książki, w sumie 11, poświęcone są przedwojennym tradycjom lotniczym Lublina oraz powojennym początkom WSK PZL-Świdnik. Kolejne 27 stron zajmuje opis historii zakładu jako producenta śmigłowców oraz powstających tam maszyn od licencyjnych SM-1 i ich rodzimej modyfikacji SM-2, poprzez Mi-2 wraz z Kanią, po SW-4 oraz najnowsze produkty spod szyldu koncernu Leonardo. Obszernie i ciekawie, tylko czy potrzebnie zajęto tym ponad 1/3 stron tekstu książki? Dopiero na str. 41 rozpoczyna się opis genezy śmigłowca W-3. Dalej mamy budowę prototypów i ich badania oraz produkcję seryjną Sokołów z bardzo szczegółowymi danymi o maszynach wyprodukowanych w poszczególnych seriach oraz ich odbiorcach. Oczywiście wszystko bardzo bogato ilustrowane. Ostatnie siedemdziesiąt stron to materiał graficzny – zdjęcia detali śmigłowców ich sylwetki barwne oraz rzuty poszczególnych wersji.
W sumie nie wiem jak zakwalifikować tą pozycję, ni to monografia, ni to album, ni to plany modelarskie, ni to książka do nauki angielskiego lub jak kto woli polskiego języka. Dla każdego coś dobrego. Tylko czy wszystko razem zadowoli kogokolwiek?
Co do zawartości merytorycznej to odważę się tylko na uwagi do tekstu, gdyż jedynie tu czuję, że mam coś do napisania. W tekście pojawiło się  trochę niedociągnięć.
Na stronie 13 mamy „Zakład Mechaniki Budowli Politechniki Gdańskiej i Poznańskiej”, ten sam błąd co na str. 5 monografii śmigłowca SW-4 tych samych autorów. „- zastąpienie nitowanych elementów kadłuba klejeniem i zgrzewaniem”, str. 17. „… wirnik nośny z trzema łopatami i dwułopatowym śmigłem ogonowym”, str. 37. Na tej samej stronie podano datę oblotu prototypu nr 3. Szkoda, że nie uzupełniono tego o informację, że pierwsze dwa prototypy przeznaczone były do prób naziemnych. Dla mniej wtajemniczonego czytelnika może to być problem. Wymogi względem SW-4 to m.in.: „ograniczenie punktów obsługowych” oraz „ograniczenie spalin”, str. 38. Zdjęcia na str. 44 i 45 mają ten sam podpis. „0203, jako najstarszy używany w Wojsku Polskim śmigłowiec”, str. 78. Na str. 85 pomylono wciągarkę z wyciągarką! Na str. 105 zamieniono miejscami podpisy zdjęć. Jeżeli chodzi o sylwetki boczne oraz rzuty, to umieszczono je zgodnie ze sztuką wydawniczą dołem do dłuższej krawędzi zewnętrznej. Sprawia to pewną niedogodność, gdyż przeglądając kolejne strony, za każdym razem trzeba odwrócić książkę o 180°. Do tego naliczyłem jeszcze dziewięć błędów redakcyjnych i gramatycznych, co nie najlepiej świadczy o redaktorze i korektorze książki.
Podsumowując, pozycja udana, ciekawa i potrzebna, choć nie do końca dopracowana.
Patrząc na zapowiedź zawartości kolejnych dwóch tomów, głównie dla modelarzy, oraz cenę pierwszego tomu, pozostałych dwóch  już nie zamówię, choć zakupu pierwszego raczej nie żałuję.
 


Fiszer Michał, Gruszczyński Jerzy, Fleischer Seweryn,
PZL W-3 Sokół
Answer, 2022
176 stron w twardej oprawie
Liczne zdjęcia oraz rysunki barwne
 
 

wtorek, 21 czerwca 2022

Lotnictwo AI 5/2022. Zbrojne niebo nad nami

Pomimo, że Francis Fukuyama przed trzema dekadami wieszczył koniec historii, ta jemu i innym postępowcom na złość nie tylko nie zamarła w letargu lecz spłatała figla i z zapałem rozpoczęła pisać nowy rozdział swojej historii. Jeden z istotnych epizodów zmiany światowego porządku dzieje się na naszych oczach, tuż za miedzą, a po części też u nas i nad nami. Na wnioski z działań bojowych lotnictwa Rosji i Ukrainy przyjdzie zapewne czas. Teraz interesujące jest to, jakie kroki względem bieżącej sytuacji podejmuje nasz sojusz – NATO. Nie można też zapominać o wielu programach modernizacyjnych już istniejących lub budowy zupełnie nowych systemów broni, choć ich na ich efekty trzeba będzie trochę poczekać. Numer majowy Lotnictwo AI trzyma rękę na pulsie wydarzeń.


TOP 5 magazynu:
1. Wzmacnianie wschodniej flanki NATO. Wojna na Ukrainie nieco spowszedniała, a działania lotnictwa, zwłaszcza straty Rosjan, zeszły z żółtych pasków massmediów. Czas więc najwyższy na pierwsze podsumowania dotyczące lotniczej tarczy, jaką samoloty NATO rozciągnęły nad kraje „frontowe”: Polskę, Rumunie i Bałtów. Temat bardzo aktualny, Aż za bardzo, tak że wiele informacji jest na dzień dzisiejszy jeszcze niejawnych. Autorzy zebrali najważniejsze informacje i przedstawili je w zwięzłej i przystępnej formie. Gdyby jeszcze siły i środki na tym kierunku były niewystarczające zamiast nie niewystarczających (str. 29) byłbym bardziej zadowolony.
2. Nowe platformy zwiadowcze dla US Army. Ze względu na napiętą sytuację na wschodniej flance NATO często w nasze strony zapuszczają się ostatnio samoloty zwiadowcze tego rodzaju wojsk USA. W zaistniałej sytuacji znaczenia nabierają nie tylko zamieszczone w materiale informacje o zamierzeniach i aktualnych działaniach modernizacyjnych względem powietrznych platform zwiadowczych, ale też informacje o obecnie użytkowanych maszynach, ich wersjach, wyposażeniu i możliwościach. Wiele ciekawych, dobrze podanych informacji.
3. Śmigłowce bojowe Kamow Ka-50 i Ka-52. W drugiej części artykułu P. Butowski omawia wysiłki Rosjan zmierzające do sprzedaży tego ze wszech miar innowacyjnego śmigłowca dla klientów zagranicznych. Tym bardziej, że w okresie „Wielkiej smuty” po upadku ZSRR, zarówno Rosja, jak i biuro Kamowa potrzebowały zastrzyku dewiz nie mniej niż covidowiec respiratora. Na pierwszy plan wysuwają się tu działania promocyjne w Turcji. O desperacji Rosjan może świadczyć opracowanie pod wymagania tureckie wersji dwumiejscowej w klasycznym, tandemowym układzie kabiny dwuosobowej załogi. Wersja ta nazwana została Ka-50-2 Erdogan. Wróżbici jacyś czy co? Tekst, jak zwykle u Butowskiego interesujący i przyjazny dla czytelnika. Osobiście uważam, że pewnych terminów nie należy na siłę tłumaczyć na język polski. Szklana kabina brzmi znacznie gorzej niż glass cockpit.
4. Polskie śmigłowce rozpoznawcze cz.2. W drugiej części artykułu wyraźnie widać, że albo Autorzy pisali „pod wierszówkę” albo chcieli przemycić wewnątrz głównego tekstu artykuł o lotnictwie śmigłowcowym służb porządku publicznego, albo po prostu upiec obie pieczenie na jednym ogniu. Gdyby wyrzucić ponad połowę tego, w sumie interesującego, tekstu do wspomnianego wyżej, inaczej zatytułowanego artykułu, ten aktualny zyskałby na atrakcyjności, odpowiadając tytułowi, nie nudząc i wprowadzając w błąd czytelnika. Co gorsze Autorzy „spalili” materiał na kolejny ciekawy artykuł. Do tego jeszcze: „widmo dzienne”, str. 64 i ”iluminator podczerwieni”, str. 66. Nie tego oczekiwałem.

5. Boeing MQ-25A Stingray. Pokładowy bezzałogowy tankowiec. To, że na pokładach lotniskowców US Navy od lat nie ma dedykowanych samolotów tankowania powietrznego, w miejsce których używa się pełnowartościowych samolotów bojowych F-18, można delikatnie rzecz ujmując, nazwać grabieżą na amerykańskich podatnikach, dokonaną wespół przez generalicję, polityków i koncerny zbrojeniowe. Ile miliardów zielonych papierków przepadło bez śladu i bez sensu pośród mórz i oceanów nikt chyba nie zliczy. Na pewno dużo. Sprawę „pudruje” wprowadzenie rewolucyjnej technologii tankowania samolotów pokładowych przez bezzałogowy samolot tankowania powietrznego bazowania pokładowego jakim jest MQ-25A. Bez wątpienia jest to rozwiązanie rewolucyjne, w którym jeden bezzałogowiec musi się zmierzyć z dwoma z najtrudniejszych elementów działań lotniczych – operowaniem z pokładu lotniskowca i tankowaniem w locie. Wyzwanie jakiemu, jak na razie, mogą sprostać koncerny amerykańskie. Jeżeli uda się tego w miarę szybko i sprawnie dokonać, siły zbrojne USA pozyskają unikatową platformę powietrzną, która w miarę szybko i tanio da się przystosować do innych ważnych zadań na współczesnym polu walki, także na odległych teatrach działań.
Kulisy powstania projektu, jego dzień dzisiejszy i najbliższą przyszłość opisuje w swoim artykule J. Brzezina. Temat niewątpliwie aktualny i bardzo ciekawy. Jednak Autor nie do końca sobie z nim poradził. Po za kilkoma błędami gramatycznymi pewne wątpliwości budzi terminologia: ISR (systemy rozpoznania sygnałowego oraz środki do komunikacji i udostępniania danych), str. 47; „… może skłonić US Navy do eksploatacji MQ-25A jako „tankowców przeznaczonych do odzysku””, str.46. Ciekawe są też informacje o planowanym osiągnięciu przez MQ-25A „początkowej zdolności operacyjnej” w roku 2025 (str.48) oraz „wstępnej gotowości operacyjnej” w roku 2024, str. 46 i 49. Nie mniej intrygująca jest „analiza aerodynamiczna” interakcji platform, str. 50. Określenie „testy w warunkach występowania drgań” nie mówi praktycznie nic o jakiego rodzaju testy chodzi, str. 51. Pięciokrotne powtarzanie informacji o planowanym zakupie 72 seryjnych maszyn potwierdza tylko wrażenie chaosu panującego w tekście.


Powiązane wpisy:

Lotnictwo AI 4/2022. Aligator – historia upadku

Lotnictwo AI 3/2022 – powietrzni zwiadowcy duzi i mali

Lotnictwo AI 2/2022 – numer ostatni przedwojenny 

Lotnictwo 1/2022 -przyszłość nadejdzie szybciejniż nam się wydaje

Lotnictwo 12/2021 - rocznicowe dylematy

Lotnictwo 11/2021 – pierwszy wielki sukces Antonowa

Lotnictwo10/2021 – wiosenna wojenka 1939

Lotnictwo9/2021 – dzień dzisiejszy lotnictwa wojskowego RP

Lotnictwo6/2021 – Łukaszenka nie był pierwszy?

Lotnictwo5/2021 – szpiedzy 50+

Lotnictwo4/2021 – kwietniowa mozaika

Lotnictwo 3/2021 – magazyn gdybających dziennikarzy

Lotnictwo 2/2021 - dwie rosyjskie ikony (lotnictwa)

Lotnictwo 1/2021 - przyzwoity start

Lotnictwo 12/2020 - nowe stare samoloty

Lotnictwo 11/2020- nowe stare

Lotnictwo 10/2020 - numer delta

Lotnictwo 9/2020

Lotnictwo 8/2020 - znowu czarna owca w numerze

Lotnictwo 7/2020

Lotnictwo 6/2020 – pod znakiem latających olbrzymów

Lotnictwo 4-5/2020 - co z tym Lotnictwem?

Lotnictwo 3/2020 - dno jest blisko

Lotnictwo 2/2020-- ciekawie, choć nadal z dodatkiem bylejakości

Lotnictwo 12/2019 - sinusoida

Lotnictwo 10-11/2019 - jeden artykuł rozwalił cały numer 

Lotnictwo 6/2019, nie tracę nadziei 

Lotnictwo 1-2 /2019 - równia pochyła?

Lotnictwo 12/2018, jakość czy jakoś? 

 

piątek, 10 czerwca 2022

Lotnictwo 4/2022 – wojna dzień po dniu

W kwietniowym numerze Lotnictwa znalazła się kontynuacja kroniki wydarzeń związanych z lotnictwem w wojnie na Ukrainie, w drugim jej miesiącu. W materiale opisano kolejno, dzień po dniu, zmagania powietrzne, ataki lotnicze na pozycje przeciwnika oraz sukcesy w zwalczaniu celów powietrznych.
Tak jak w poprzednim miesiącu Autor omawia straty obydwu stron, oraz zakres i intensywność działań lotniczych, szczególnie lotnictwa rosyjskiego. Zadanie bardzo trudne, gdyż jednym z frontów agresji i obrony w tym konflikcie jest wojna propagandowa. Wojna o umysły ludzi, zwłaszcza Zachodu, od których świadomości i nastawienia zależą decyzje polityków, głównie w krajach demokracji najbardziej wspierających Kijów. Co ciekawe, tym razem podawane są także dane z codziennych raportów agresora. Na ile są one wiarygodne? Pewnie nie bardziej niż te podawane przez obrońców Ukrainy. Ponownie najbardziej wiarygodnym jest materiał fotograficzny, też siłą rzeczy dostępny w mocno skrojonym na miarę potrzeb każdej ze stron zestawieniu.
W drugim miesiącu wojny dynamika sytuacji militarnej spadła. Przeszłością są energiczne działania wojsk desantowych czy zagonów pancernych Rosji. Pomimo systematycznego, co prawda opartego na faktach, ośmieszania i deprecjonowania skuteczności działań sił najeźdźcy, sytuacja nie jest tak pozytywna, dająca nadzieję, na jaką kreują ją zachodnie massmedia. Co gorsza, dla dalszego przebiegu konfliktu nie istnieją żadne realne scenariusze, które można by nazwać neutralnymi, o pozytywnych nawet nie wspominając. Co gorsza w części dotyczącej naszego kraju jest nie lepiej. Z każdym dniem czas coraz mocniej pracuje na korzyść Kremla przybliżając Ukraińców do klęski, której wymiar polityczny i społeczny będzie kolosalny. Jakikolwiek układ pokojowy, który wcześniej czy później trzeba będzie podpisać, będzie klęską Załenskiego. Po nim władzę przejmą skrajni nacjonaliści, co tylko pomorze Putinowi utwierdzić świat w słuszności swojej decyzji o rozpoczęciu „operacji specjalnej”. Co prawda Zachód w to nie uwierzy, ale świat to nie tylko Zachód. Co gorsza winni będą wspierający Ukrainę, którzy nie chcieli umierać za Odessę, tak jak kiedyś za Gdańsk. A wśród nich najgorszymi będą Polacy, którzy pomagali tylko po to, aby podpisać unię z Ukrainą i w ten sposób przejąć zachodnią część upadłego Państwa. Kolejny punkt dla Kremla. Powiecie scenariusz nieprawdopodobny, wyssany z palca, antyukraiński. Obyście mieli rację.
Wracając do tekstu, tym razem jest nieco monotonny – te codzienne komunikaty różniące się tylko liczbami – ale ciekawy i wart poświęcenia mu czasu.
 
Top 3 magazynu:
 
1. Wojna powietrzna nad Ukrainą 24 marca – 23 kwietnia 2022.
2. MiG-21MF w lotnictwie polskim, część II. Najpopularniejszy i najliczniejszy myśliwiec naddźwiękowy PRLu wkracza w rzeczywistość transformacji lat dziewięćdziesiątych. Zmiany, zmiany i redukcje ilości samolotów w służbie, które wynikały zarówno ze zmniejszenia liczby jednostek lotniczych, jak i zaprzestania remontów. Samolot szybko starzał się moralnie i technicznie, a nasi piloci i dowódcy z coraz większym pożądaniem spoglądali na sprzęt zachodni. Jednak eMeFy trzymały się mocno pozostając w służbie jeszcze 14 lat. Co ciekawe, zachowała się niemal połowa ze sprowadzonych do Polski maszyn . Kolejny poprawny tekst duetu Gołabek-Wrona. Na pewno gratka dla sympatyków szczegółów dotyczących służby  konkretnych egzemplarzy, gdyż tego typu danych jest naprawdę wiele.
3. Saab 29 Tunnan. Minimonografia szwedzkiego odrzutowca drugiej generacji, ze względu na pękaty, zwarty kształt kadłuba nazywanego latającą beczką. I nie ma się z czego śmiać, gdyż w chwili powstania był jednym z najnowocześniejszych samolotów w swojej klasie. Obszerny okraszony zdjęciami, tabelami, rysunkami i kolorowymi sylwetkami bocznymi artykuł w sposób, jak zwykle profesjonalny dla L.A. Wieliczko, przybliżą ten nieco mniej znany, trochę zapomniany samolot.

Powiązane wpisy:

środa, 1 czerwca 2022

Skrzydlata Polska 5/22 – helikopter z wyciągarką

Historyczna nazwa Skrzydlata Polska jest dla wielu lotników oraz sympatyków lotnictwa czymś więcej niż tylko tytułem czasopisma. Jest źródłem wiedzy lotniczej, w odleglejszych czasach bardzo ważnym, z bardzo różnych często nawet odległych zakątków zarówno awiacji, jak i kuli ziemskiej. Wychowały się na niej całe pokolenia entuzjastów podniebnych maszyn i związanych z nimi ludzi. Między innymi dla tego uważam, że redakcja tak cenionego czasopisma powinna być świadoma nie tylko wartości biznesowej marki „Skrzydlata Polska”, ale także brzemienia obowiązku kultywowania jej tradycji i dobrego imienia.

Dotyczy to także opracowania redakcyjnego tekstów, zwłaszcza mniej doświadczonych autorów, nie tylko w sensie redakcyjnym, ale i merytorycznym.
Na obu polach nie wypada to jednak najlepiej. Tym razem zasmuciło mnie kolejny raz występujące pomylenie wciągarki z wyciągarką (str. 7), a zastanowiło zastosowanie dopalacza w celu skrócenia dobiegu samolotu (str. 25). Nie mniej zasmucają liczne błędy językowe oraz niemal powszechne „uchybienia redakcyjne”. Z jednej strony sprawiają one, że produkt rynkowy, jakim bez wątpienia jest SP charakteryzuje się raczej średnią niż wysoką jakością, o doskonałej nawet nie wspominając. Z drugiej strony cierpi na tym historyczna marka, dla wielu kojarząca się z lotnictwem wysokich lotów, opisywanym czystym, poprawnym językiem polskim. Tego w magazynie coraz bardziej mi brakuje.

TOP3 magazynu:
1. Ćwierćwiecze lotnictwa SG. Czcigodna jubilatka zasługuje na bliższe przedstawienie, gdyż jest to najmniej chyba zanana lotnicza formacja służb porządku publicznego, która pod względem wagi wykonywanych zadań nie ustępuje Lotniczemu Pogotowiu Ratunkowemu oraz lotnictwu Policji. Posiada też bardzo ciekawą flotę statków powietrznych, w sporej części będących ostatnimi ogniwami łańcucha rozwojowego polskich konstrukcji lotniczych – PZL-104 2000, czy głęboko zmodernizowanymi konstrukcjami radzieckimi, budowanymi i rozwijanymi w Polsce – PZL Kania i M28. Artykuł dobrze napisany, szkoda, że taki krótki.
2. Orka z silnikami Rotax912.
Redakcja SP szczególnym sentymentem darzy Edwarda Margańskiego, którego artykuły omawiające jego zrealizowane projekty czy te pozostałe na papierze, często wizjonerskie, pojawiają się często na łamach miesięcznika. Tym razem omawia on historię powstania samolotu Orka w jego pierwotnej postaci. Polska myśl konstrukcyjna w całej okazałości. Bardzo dobrze, że takie artykuły się w SP pojawiają. Fajnie by było, gdyby pojawiły się podobne opracowania innych konstruktorów polskich samolotów, także tych, których maszyny weszły do produkcji seryjnej.
3. Prywatne misje załogowego Dragona. Na naszych oczach dzieje się kolejny ważny etap rozwoju kosmonautyki. Burzliwemu rozwojowi prywatnych inicjatyw w zakresie satelitów i lotów statków bezzałogowych zaczyna towarzyszyć turystyka kosmiczna nie tylko z nazwy, jak w przypadku lotów suborbitalnych ludzi nie wiedzących co zrobić z nadmiarem pieniędzy i ich znajomych, lecz także prawdziwa turystyka orbitalna. I nie są to pojedyncze osoby wywożone Sojuzem na Międzynarodową Stację Kosmiczną, jak to dotychczas się zdarzało, lecz zorganizowane wieloosobowe załogi. Wygląda na to, że zrobiono ważny krok w rozwoju turystyki kosmicznej. A ponieważ istnieje liczne grono ludzi posiadających na realizację takiej fanaberii środki materialne, perspektywy rysują się w jasnych barwach. Zagrożenia dla rozwoju upatruję w odbiorze społecznym tego typu misji wynikającym ze świadomości zanieczyszczania środowiska i marnowania gigantycznych środków na tego typu zabawy w dobie wzrastających nierówności społecznych. Pewnie jak zwykle wygra pieniądz.


Powiązane wpisy:



.