Wojna na Ukrainie wymusiła
znaczne przyspieszenie rozwoju polskich sił zbrojnych. Potrzeba tego znalazła
zrozumienie w społeczeństwie i u rządzących, a w ślad za tym pojawiły się
naprawdę duże pieniądze. Można się spierać, czy wydatkowane są one w sposób właściwy
lub co ważniejsze efektywny. Czy proporcja zmian ilościowych do jakościowych
jest właściwa i czy te drugie dominują w sposób dostateczny. Swój kawałek
zbrojeniowego tortu dostaje też lotnictwo i obrona powietrzna. Jak zwykle jest
on za mały i trzeba dobrze nim gospodarować, tym bardziej, że wyzwania są
ogromne, zmieniające się w niespotykanym wcześniej tempie, a sprostanie im
staje się sprawą egzystencji państwa i narodu. W tym kontekście znaczenia
nabiera racjonalne wykorzystanie zasobów lotnictwa, w szeroko rozumianym
szkoleniu przygotowującym na przeciwdziałanie współczesnym i przyszłym
zagrożeniom. W ostatnich latach doszły do tego zadania realnej ochrony
polskiego nieba. Pięć eskadr samolotów bojowych to wciąż za mało, choć ich
wyposażenie i utrzymanie to już koszt niebagatelny. W tym kontekście zakup
koreańskich lekkich samolotów bojowych F-50 wydaje się dobrym rozwiązaniem. Już
dziś te posiadane w wersji GF (Gap Filler – jakże trafne określenie) powoli
zaczynają wspierać zapracowane Jastrzębie
w patrolowaniu ściany wschodniej. Spodziewane wkrótce w pełni uzbrojone i
wyposażone w wersji PL będą mogły przejąć znaczną część mniej wymagających
zadań, znacząco obniżając koszty ich realizacji. Nie zawsze i wszędzie trzeba
angażować drogie F-16, a wkrótce jeszcze dużo droższe F-35. Tego budżet nie
wytrzyma, co może zmniejszyć poziom gotowości sprzętu i wyszkolenia kadry, a
przez to sens zakupu drogich zabawek stanie się wątpliwy. I choć użytkowanie
trzech typów maszyn bojowych w tak małych siłach powietrznych nie jest ani
tanie ani łatwe, w ogólnym rozliczeniu jest dziś chyba wyjściem najlepszym. Po
części mamy więc nowe lekkie samoloty bojowe, a wobec zaniechania planów
podniesienia maszyn GF do standardu PL, otrzymamy jedną eskadrę rasowych
LIFTów, choć to komplikuje i podraża eksploatację typu i szkolenie. Coś za coś.
Mamy jeszcze szkolne Bieliki, których
wobec potrzeb szkoleniowych jest stanowczo za mało. Może więc byłoby warto
pójść śladem Fafików i też zakupić
jedną bądź dwie eskadry maszyn w wersji uzbrojonej, tym bardziej, że zaczynają
być wykorzystywane szerzej, niż do zasadniczego szkolenia. Pozwoliłoby to na
podniesienie poziomu szkolenia przyszłych pilotów maszyn bojowych przy
jednoczesnym ograniczeniu kosztów. W razie potrzeby, podobnie jak maszyny
koreańskie, mogłyby one wesprzeć Husarzy
i Jastrzębie w wielu prostszych
misjach, a takich potrzeb na współczesnym, zdominowanym przez drony polu walki
jest mnóstwo. Paradoksalnie w ten sposób można by uniknąć w najbliższej
przyszłości zakupu maszyn turbośmigłowych, co prawda znacznie tańszych, ale
wymagających nowej bazy technicznej, szkoleniowej i kadrowej, co wymaga czasu i
dużych nakładów. Może więc warto by docenić i rozwijać to co mamy, nie tylko w
zakresie maszyn stricte bojowych, ale też ich lżejszych i tańszych pomocników.
Co prawda nie dają one takiego blasku medialnego jak F-35 oblewającego głodnych
poklasku polityków, nie przysporzą im też tak wielkiego zainteresowania
lobbystów, mogą jednak w sposób efektywny podnieść poziom wyszkolenia i potencjał
bojowy naszego lotnictwa. Może zamiast totalnie krytykować, warto się
zastanowić, jak najlepiej wykorzystać to co już mamy.
TOP 3
1. Samolot FA-50: niechciany komponent Sił
Powietrznych? Łukasz Pacholski podjął bardzo aktualny, ciekawy i kontrowersyjny temat
koreańskich samolotów bojowych w służbie biało-czerwonej szachownicy. Temat
ponownie wypłynął wraz z informacją o podjęciu dyżurów bojowych przez te
maszyny, które maja wspierać Jastrzębie. Opisując okoliczności i historię pozyskania tych
maszyn, póki co w wersji zubożonej GF, Autor przedstawia plusy i minusy takiego
rozwiązania. Pokazuje też aktualny stan wdrożenia maszyn i szkolenia załóg. Jak
u Pacholskiego, całość bardzo porządna.
2. RAF Lakenheath Amerykańska baza w Wielkiej Brytanii.
Nazwa tej bazy jest znana nie tylko
sympatykom współczesnego lotnictwa bojowego, gdyż często gości na łamach
popularnych massmediów. Fakt ten wynika z zaangażowania w liczne misje bojowe
stacjonujących tam amerykańskich samolotów bojowych. Historię amerykańskiej
obecności w bazie, jaj wyposażenia oraz udziału w kolejnych akcjach bojowych od
czasów II wojny światowej po udział w najnowszym ataku na Iran opisano w
artykule. Nie pominięto też tragicznych zdarzeń w postaci katastrof i wypadków.
Troszkę szkoda, że wśród kilkunastu współczesnych zdjęć nie znalazło się
miejsce dla kilku ilustrujących opisywaną w tekście historię.
3. M-364 Bielik w ćwiczeniach NATO „Ramstein Flag
2026: Dęblińscy instruktorzy w
swoich bielikach rozpościerają skrzydła poza granice kraju. Wymagające
szkolenie w trudnych warunkach u boku polskich Jastrzębi i licznych
maszyn sojuszników było nie lada wyzwaniem, ale i wspaniałą lekcją współpracy w
międzynarodowym środowisku. Rodzi się jednak pytanie, czy wysyłanie samolotów
szkolnych, nie szkolno-bojowych, na takie ćwiczenia wynika z perspektywicznego
planowania, czy raczej ze skromnego zasobu maszyn bojowych, bardzo intensywnie
użytkowanych w kraju. Materiał dość dokładnie opisuje i pokazuje ten kamień
milowy Sił Powietrznych. I wszystko byłoby fajnie, gdyby jakaś „klątwa
niedbalstwa” nie ciążyła na Autorach. Tym razem objawiła się ona w tytule jako
„M-364”. Szkoda, że korektor też tego nie wyłapał. No i jeszcze niemiecki A330
MRTT. Przy duecie Gołąbek, Wrona zawsze trzeba być uważnym.
Powiązane wpisy:


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz